Recenzja: Sean Hayes to cud w „Dobrej nocy, Oscar”

Sean Hayes jako Oscar Levant w filmie „Dobranoc, Oscarze”.Joanna Marcus

Dobranoc, Oskarze | 1 godzina 40 minut Bez przerwy. | Teatr Belasco | 111 W 44. ul. | (212) 239-6200

A nagroda Tony trafia do . . . Seana Hayesa! Mam nadzieję, że nie zapeszę, ale jeśli moje przewidywania się sprawdzą, myślę, że usłyszycie te słowa w telewizji sieciowej w niedzielny wieczór, 11 czerwca, podczas corocznego obchodów najlepszych osiągnięć roku w teatrze na Broadwayu. Tak czy inaczej, czy wygrasz, czy przegrasz, mój entuzjazm dla tego uroczego wariata jako wcielenia zmarłego, wielkiego Oscara Levanta jest nieograniczony. Osobiście nie widziałem w tym sezonie na nowojorskiej scenie niczego, co by mu dorównało.

Żalcie biednych ludzi, którzy nie pamiętają – albo nigdy usłyszał z... Oskara. Z wystawnych musicali filmowych Technicolor z Genem Kellym ( Amerykanin w Paryżu), Fred Astaire ( Modowy wóz) i Doris Day ( Romans na pełnym morzu) do najlepiej sprzedających się albumów z Georgem Gershwinem, do cytowanych dowcipów w telewizyjnych talk show w czasach, gdy telewizyjne talk show były jeszcze dzikie, dowcipne i wspaniałe, Oscar był ulubionym gościem – spontanicznym, oburzającym, bez scenariusza i lekceważącym, w tej samej lidze jako Tallulah Bankhead, Groucho Marx i Truman Capote. Zawsze można było na niego liczyć, że następnego dnia będzie głośno o czymś, o czym cały kraj będzie mówił, ale nawet w czasach jego świetności nie zawsze można było go znaleźć tam, gdzie obiecał. (Wiele występów w programach telewizyjnych zostało przymusowo odwołanych, ponieważ jako najsłynniejszy hipochondryk na świecie często trafiał do szpitala w noc, w której robiono gościnne zdjęcia, i nie mógł się pojawić.) Ta wspaniała nowa wizyta na Broadwayu z Oscarem Levantem przechodzi w sedno, gdy tylko kurtyna idzie w górę.

Ben Rappaport (jako Jack Paar) i Sean Hayes (jako Oscar Levant) w filmie „Dobranoc, Oscarze”.Joanna Marcus

Akcja rozgrywa się w studiu NBC w Rockefeller Plaza, gdzie Jack Paar prowadzi popularny program poprzedzający występ Johnny’ego Carsona Tonight. Levant jest gościem, razem z Jayne Mansfield i Señorem Wencesem, ale na początku przedstawienia spóźnia się na transmisję, ponieważ jego żona June umieściła go w ośrodku psychiatrycznym, gdzie przechodzi terapię elektrowstrząsami i utrzymuje się z armii narkotyków. Załatwiła czterogodzinną przepustkę, ale to kwestia rzutu kośćmi, czy w ogóle się pojawi.

Tymczasem w szczerymstarannie odkrywcza sztuka Douga Wrighta w reżyserii Lisy Peterson, fragmenty życia Levanta opowiadają zdenerwowani ludzie krążący po garderobie Oscara, jak prezes NBC Robert Sarnoff (Peter Grosz), który desperacko pragnie uniknąć przed kamerą dyskusji na temat seksu , polityka lub osobiste problemy Oscara, które mogą zdenerwować publiczność NBC; sam Jack Paar (Ben Rappaport), który zachęca do wszystkiego, co gwarantuje ocenę; młody sieciowy klon (Alex Wyse), który jest największym fanem Oscara; Alvin Finney (Marchant Davis), asystent medyczny przydzielony do pilnowania narkotyków, które przyniósł ze sobą (w nagłych przypadkach) ze śmietnika dla wariatów, który Oscar obecnie nazywa domem; oraz cierpliwa żona Oscara, June (Emily Bergl). Wydobywając z niego fakty z jego obłąkanego życia i wskazówki dotyczące jego osobowości, wszystko to jest idealną folią dla gwiazdy.

To byłby rewelacyjny Sean Hayes, a jaką jest gwiazdą! W pełnym, żywym, luksusowym i kulturalnym przedstawieniu jest zajęty jak autostrada i bawi się bez przerwy: mrużąc oczy na wyimaginowane obiekty przez niewyraźne widzenie, torturowany i odczuwający ciągły ból, zarówno rzeczywisty, jak i wyimaginowany, ale niezawodnie zabawny. Hayes jest dokładnie takim, jakim pamiętam Levanta – światowej sławy schizofrenika, którego talent do doraźnego humoru przyniósł kontrowersyjne rezultaty – z każdym tikiem i grymasem na twarzy. Powiedziano mu, że jeśli się nie pozbiera, na jego miejsce czeka kubański lider zespołu Xavier Cugat, Oscar warczy: Ten człowiek jest dla muzyki tym, czym Del Monte jest dla świeżego ananasa! Nie jest łatwo być zabawnym, przerażonym, drażliwym i jednocześnie sześć stóp od załamania nerwowego, ale Sean Hayes to cud ruchu, wyczucia czasu i zaskoczenia. Nigdy nie wiadomo, skąd nadejdzie następny wers komiksowy, a czasami w tym długim jednoaktowym przedstawieniu, bez przerwy, jest nawet czas na odkrywczy wers, który wywołuje dreszcze ze wzruszenia. Spektakl porusza temat jego relacji z Gershwinem, którego muzyka wciągnęła Oscara w neurotyczny, zmieniający życie romans (oddałam własne życie, żeby być jego przypisem).

Całe to ekspozycja i udręka prowadzą oczywiście do tego, że Oscar robi to, co robił najlepiej: gra Gershwina na fortepianie w wyprzedanej sali koncertowej, w scenie filmowej (jeśli nigdy go nie widziałeś zagrają wszyscy członkowie orkiestry grający i dyrygujący Koncertem F w Amerykanin w Paryżu, w reżyserii Vincente Minnelli, jeszcze nie mieszkałeś). Sean Hayes siada przy wypolerowanym Steinwayu, triumfalnie puszcza całą Rhapsody in Blue, burzy dom. Kto wie, obserwując go dalej Will i Grace, że był znakomitym, fenomenalnym pianistą koncertującym? Z tego i niezliczonych innych powodów się odwraca Dobranoc, Oskarze w jedno z niewielu przedstawień na Broadwayu, jakie widziałem w ostatnich latach, które naprawdę, szczerze i nienagannie zasługują na burzliwą owację na stojąco.

Kup bilety tutaj