Lilja 4-Ever Lukasa Moodyssona na podstawie jego własnego scenariusza, w języku rosyjskim i szwedzkim z angielskimi napisami, poruszył mnie i wstrząsnął jak żaden inny nowy film w tym roku. I w tym tkwi paradoks: choć recenzje są świetne, reakcje na festiwalach entuzjastyczne, a sam film wybrany przez Szwecję (podobno z błogosławieństwem Ingmara Bergmana) do selekcji do Oscarów w kategorii filmów nieanglojęzycznych, jest w tym coś, co w opisach filmu, co może zniechęcić zwykłego widza do jego poszukiwania. Na przykład jakiekolwiek szczątkowe streszczenie sprawia, że film brzmi nadmiernie chorobliwie i przygnębiająco. I nie da się tego obejść: ogromna ilość bólu, cierpienia i upokorzenia, jakie spadły na nastoletnią bohaterkę, nigdy nie byłaby tolerowana przez cywilizowaną publiczność, gdyby została zadana zwierzęciu.
Jednak panu Moodyssonowi udaje się oczyścić zło, które ogarnia Lilję (niesamowicie wpływowa Oksana Akinshina) i jej młodszą bratnią duszę, Wołodię (Artem Bogucharsky), podnosząc ich na wyższy poziom istnienia, aby zrekompensować niewinność tak niesprawiedliwie skradzioną im ich. Jeśli brzmi to trochę niejasno i abstrakcyjnie, to muszę zwrócić uwagę na komentarz scenarzysty-reżysera na temat jego wspaniale zrealizowanego filmu: Miał to być film o Bożej dobroci, ale rzeczywistość stanęła na wysokości zadania i stała się czymś innym. Powstał film o dwójce dzieci, Lilji i Wołodii, żyjących w kraju będącym niegdyś częścią potężnego imperium sowieckiego, a obecnie pogrążonym w ruinie.
Zrobił się z tego film o tęsknocie za byciem gdzieś, o pozostawieniu wszystkiego za sobą, o zostaniu samym, o bogatych ludziach, którzy myślą, że wszystko można kupić, o biednych, którzy zmuszeni są sprzedać wszystko, co mają (oprócz serca) , o rzeczach, które dzieją się daleko i o tym, co dzieje się na ulicy, na której mieszkam, o syropie na kaszel i kleju, o koszykówce, o Britney Spears, o wyryciu swojego imienia na ławce, aby wszyscy widzieli, że istniejesz, o byciu opluwano, o poddaniu się, o śmierci i o przyjaźni, która nigdy się nie kończy, o świecy, która nigdy nie gaśnie. A może chodzi też trochę o życzliwość Boga – mimo że On nigdy nie odpowiada, gdy Lilja się do niego modli.
Pierwsze wrażenie, jakie mamy na temat Lilji, to bezczelna nastolatka panująca nad kolegami z klasy, ponieważ wyobraża sobie, że jedzie do Ameryki ze swoją zgorzkniałą matką i obecnym chłopakiem swojej matki. Kiedy jednak matka mówi jej, że zostanie w mieszkaniu pod czasową opieką ciotki, Lilja jest zdruzgotana, intuicyjnie wiedząc, że została porzucona. To dopiero pierwsza z kilku zdrad, które ostatecznie zamienią jej życie w piekło na ziemi. Kiedy ciocia przyjeżdża, pierwszą rzeczą, którą robi, jest wyprowadzenie Lilji z jej wygodnego, ale drogiego mieszkania i umieszczenie jej w jednopokojowym mieszkaniu w hotelu w biedniejszej dzielnicy. Jednak mniej więcej w tym momencie Lilja zaczyna wzbudzać naszą sympatię i podziw swoją odwagą i odpornością w obliczu nieszczęść, które ją spotkały, do których zaliczał się zbiorowy gwałt dokonany przez młodych ludzi z sąsiedztwa i zdrada dziewczyny, która w obawie przed zemstą ojca przypisuje jej własny akt prostytucji wobec Lilji, rujnując w ten sposób jej reputację i faktycznie przyspieszając zbiorowy gwałt.
Jedynym niezawodnym przyjacielem Lilji jest Wołodia, ale ojciec alkoholik wyrzucił go z mieszkania i szuka schronienia w opuszczonej bazie łodzi podwodnych zbudowanej przez imperium rosyjskie. Film kręcono w Estonii, ale pan Moodysson wygłasza kilka architektonicznych stwierdzeń na temat ponurości i bezosobowości życia rosyjskich klas niższych. Rzeczywiście, film jest bogaty w charakterystyczne szczegóły pasujące do życia w śmiertelnej desperacji.
Lilja pewnego razu bardzo niechętnie sprzedaje swoje ciało, ale zaraz potem wymiotuje i próbuje znaleźć inne wyjście ze swoich trudności. Gdy już straciła nadzieję, po podejrzanym odbiorze samochodu na scenie pojawia się pozorny Książę z Bajki, który jednak zachowuje się jak prawdziwy dżentelmen i zabiera Lilję na niewinne randki na jarmarkach. Jeśli ktoś widział Noce Cabirii Federico Felliniego (1957), w którym przechadzająca się ulicą Cabiria Giulietty Masiny wierzy w prawdziwą miłość oportunisty, chce ostrzec Lilję przed tym, co nieuchronnie ją spotka. Jej mała przyjaciółka Wołodia ostrzega ją przed nieznajomym, ale ona nie słucha. Radosny uśmiech Lilji, gdy rozbija się swoim karnawałowym samochodem ze swoim pełnym szacunku zalotnikiem, przywołuje na myśl Mouchette Roberta Bressona (1967), w którym źle traktowana wieśniaczka Nadine Nortier cieszy się podobnie krótką przerwą w olśniewającej przyjemności podczas karnawału. Pan Moodysson nie ustępuje Bressonowi ani Felliniemu w swoim błyskotliwym przywoływaniu gorzkiej ironii nieodłącznie związanej z iluzoryczną wytchnieniem jego bohaterki od jej udręk. Rzeczywiście, jej Książę z Bajki okazuje się cynicznym nabywcą, który namawia ją, aby towarzyszyła mu w rozpoczęciu nowego życia w Szwecji z sfałszowanym paszportem. Tam zostaje więźniem kręgu prostytutek i zmuszona jest wykonywać ich rozkazy. Zaczyna mieć halucynacje, że nadal jest ze swoim przyjacielem Wołodią, a on prowadzi ją do jedynego miejsca, w którym nie będzie już cierpieć.
W tym momencie film wznosi się do nieba najprostszymi i pozornie naiwnymi środkami. Być może w tym momencie zdałem sobie sprawę, że nigdy całkowicie nie wyrosłem ze swoich najwcześniejszych uczuć religijnych. We wcześniejszej części filmu Lilja przywiązuje dużą wagę do religijnej ilustracji przedstawiającej Madonnę pocieszającą młodą dziewczynę. Nagle przypomniałem sobie z własnego dzieciństwa duży, kiczowaty, realistyczny obraz w sypialni, którą dzieliłem z moim młodszym bratem. Na obrazie bardzo duży anioł obejmuje opiekuńczo ramiona nad dwójką dzieci, jedno wyraźnie starsze od drugiego, stojących niebezpiecznie blisko urwiska. Wydawało mi się, że wyparłem wspomnienie tego obrazu, nawet po tym, jak mój brat zginął w wypadku podczas skoku spadochronowego w 1960 roku. Kiedy całkowicie rozczarowana Lilja wyrzuca swój obraz Madonny, poczułem empatię na głębszym poziomie, niż byłem przyzwyczajony. Kiedy mówi jednemu ze swoich rozwścieczonych klientów, że może kupić jej ciało, ale nie duszę, przyszła mi na myśl Lola Montés Maxa Ophülsa (1955), w której Lola Martine Carol zostaje obdarzona takim samym wyróżnieniem przez konferansjera Petera Ustinova.
Na koniec należy się pochwała panu Moodyssonowi za szacunek, jaki okazuje Lilji i jej historii. Nigdy nie pokazuje jej całkowicie topless i deerotyzuje wiele powtarzających się scen seksu, ograniczając je do ujęć z rozczarowanego punktu widzenia Lilji: różnych absurdalnie sapiących mężczyzn wykonujących bezduszne mechaniczne czynności.
Mimo to Lilja 4-Ever to znacznie więcej niż tylko historia jednej nastoletniej bohaterki, która była molestowana. Zawarto także oskarżenie w związku z rodzajem globalizacji, która doprowadziła do szaleńczego apetytu na dobra konsumpcyjne i wygodę, pozostawiając miliony ludzi na pastwę skrajnej nędzy, której najbardziej bezbronnymi ofiarami są dzieci. To, co Lilja 4-Ever łączy z największymi filmami, to duchowa transcendencja. Nie przegap tego.
Dziwna para
„Człowiek z pociągu” Patrice’a Leconte’a (L’Homme du Train) na podstawie scenariusza Claude’a Klotza z wdziękiem, humorem i dużym wdziękiem celebruje bardzo ludzką skłonność do tęsknoty pod koniec życia za niewyruszoną drogą. Dwóch mężczyzn, jeden dożywotni przestępca imieniem Milan (Johnny Hallyday) i drugi emerytowany nauczyciel Manesquier (Jean Rochefort), spotykają się przypadkowo w małym, prowincjonalnym francuskim miasteczku. Milan właśnie przyjechał pociągiem z Paryża i, jak się dowiadujemy, planuje obrabować bank z pomocą konfederatów, którzy jeszcze nie przybyli. Nie mogąc znaleźć noclegu w miejscowym hotelu, który poza sezonem jest zamknięty, Milan przyjmuje zaproszenie nauczyciela, aby zamieszkać z nim.
Z tego przypadkowego spotkania wyłania się nie tylko bliska przyjaźń, ale pragnienie każdego człowieka, aby prowadzić życie drugiego. W fabule nie ma nic więcej, ale rozkosz tkwi w szczegółach. Nieprawdopodobny związek między Milanem i Manesquierem osiąga się głównie dzięki równie nieprawdopodobnemu stosunkowi między panem Hallydayem, międzynarodową gwiazdą muzyki pop, a panem Rochefortem, weteranem teatru i kina. Kiedy Milan przymierza pantofle Manesquiera, mamy wrażenie, że aktor przełącza się między twardym i miękkim sercem. A kiedy Milan niespodziewanie okazuje się, że udziela korepetycji jednemu z prywatnych uczniów Manesquiera na podstawie powieści Balzaca, pan Hallyday odgrywa tę scenę prosto i szczerze, jakby był prawdziwym nauczycielem, choć zachowując się szorstko i rozsądnie.
Manesquier ma mniejsze możliwości włożenia się w bardziej ryzykowne buty podróżne Mediolanu. Jest za stary i niedołężny, aby pomóc Milanowi obrabować bank; jedyne, co może zrobić, to marzyć o wyjechaniu pociągiem ze swojego miasta, aby stawić czoła nieznanym wyzwaniom Paryża, tak jak chciał to zrobić przez całe życie. Na końcowych zdjęciach filmu Manesquier spełnia swoją fantazję.
Jednak w międzyczasie zarówno Milan, jak i Manesquier stają w obliczu przerażających przeszkód na drodze do ich istnienia, Manesquier musi przejść operację wszczepienia bajpasów wieńcowych, a Milan – napad na bank, który zakończył się tragicznie. Obu mężczyznom skończył się czas, ale tylko na poziomie prozaicznym. Jak prawie wszystkie dobre filmy, „Człowiek z pociągu” kończy się nie tyle przyziemną prozą, co wzlotową poezją. To estetyczny błędny ognik, do którego dążę od wielu lat. Kino, moim zdaniem, idealnie nadaje się bardziej do poezji niż do prozy, bardziej do emocjonalnej rekapitulacji niż do formacji ideologicznej, bardziej Bazina niż Eisensteina, bardziej trzewnego niż mózgowego, bardziej Spinozy niż Kartezjusza i bardziej okna na inny wszechświat niż lustro na własną rękę.
Wiem, że to wszystko są duże uproszczenia. Ale po dwóch filmach, takich jak Lilja 4-Ever i Człowiek z pociągu, jestem bardziej niż kiedykolwiek oczarowany moimi spekulacjami. Ponadto moje autorskie upodobania pojawiają się wraz z miłymi wspomnieniami z poprzednich dzieł pana Leconte, takich jak Monsieur Hire, Ridicule, Mąż fryzjera, Dziewczyna na moście, Tango i ostatnio Wdowa z St. Pierre. Chociaż „Mężczyznę w pociągu” można określić jako obraz dojrzałego kumpla, istnieje jedna niezapomniana kreacja kobieca Isabelle Petit-Jacques w roli kochanki Manesquiera, Viviany, która pomaga zdefiniować czysto i bezinteresownie braterską relację między dwoma mężczyznami. „Człowiek z pociągu” to kolejny film, którego nie można przegapić.
Sny Bodegi
„Washington Heights” Alfreda De Villi na podstawie opowiadania Manny’ego Pereza zdobył kilka nagród na festiwalach filmowych na całym świecie, a jako debiut fabularny o bardzo niskim budżecie zasługuje na pewne brawa za to, że w ogóle powstał, niech sam, z przynajmniej odrobiną spójności i przekonania. Niestety, jest silniejszy i bardziej efektowny w oddawaniu atmosfery konkretnego miejsca i czasu w obrębie określonej społeczności etnicznej (dominikańskiej) niż w kierowaniu jej nurtem narracyjnym, w którym krąży pół tuzina postaci o niepewnej artykulacji i motywacji.
Fabuła dotyczy dominikańskiego właściciela winiarni Eddiego Ramireza, który został sparaliżowany przez uzbrojonego rabusia, co zmusiło jego ambitnego artystycznie syna Carlosa do odroczenia swoich rysunkowych ambicji przejęcia bodegi. Tomas Milian jest bardziej interesujący w roli zgorzkniałego właściciela bodegi niż Manny Perez w roli jego syna, wiecznie zajętego karierą zrzędy, który rujnuje swój bezładny romans z Maggie (Andrea Navedo), która jest na przemian marudna i stoicka. Wątek poboczny z udziałem Mickeya Kilpatricka (Danny Hoch), irlandzkiego kumpla Carlosa, który marzy o trofeach w kręgle, oraz Angela (Bobby Cannavale), handlarza narkotyków, który dostarcza ostatniego uderzenia przemocy, wydaje się wpleciony w główny wątek. Wydaje się, że pan De Villa ma talent, by osiągnąć więcej, jeśli tylko uda mu się znaleźć silniejsze postacie i fabułę, niż ma tutaj do dyspozycji.