Akcja „Marzycieli” Bernardo Bertolucciego, adaptacji powieści „Święci niewiniątkowie” Gilberta Adaira, rozgrywa się na tle zamieszek studenckich w Paryżu w 1968 r., choć bez większego widocznego wysiłku w celu odtworzenia wyglądu tamtego okresu. Pan Bertolucci prawdopodobnie postąpił mądrze, nie zagłębiając się w szczegóły dotyczące ubioru i atmosfery kawiarni z epoki. Mimo to, w wieku 63 lat, refleksyjny i wciąż romantyczny, pan Bertolucci składa serdeczny hołd słynnemu teatrowi Henriego Langloisa, Cinémathèque Française, odwołując się do jego rozproszonej polityki wystawienniczej i licznych klipów prezentowanych tam autystycznych klasyków. To sprawia, że „Marzyciele” są filmem, od którego powinienem powstrzymać się przed recenzowaniem ze względu na nostalgiczny konflikt interesów: nie tylko mam ponad przelotną znajomość z twórcą filmu, ale także kiedyś dzieliłem jego głębokie uzależnienie do Cinémathèque i magazynu filmowego Cahiers du Cinema, z którego wywodzi się reżyser.
znak zodiaku na 6 marca
Ale podczas gdy pan Bertolucci przybył do Paryża wkrótce po nakręceniu swojego pierwszego filmu „Ponury Żniwiarz” w 1962 r., moje życie już się zmieniło i moje szczęście się odmieniło – pracowałem krótko dla Langloisa i jego wspaniałej partnerki życiowej, Mary Meerson – przez spędziłem rok w Paryżu w 1961 r. I chociaż od tego czasu byłem w Paryżu kilka razy (choć nie w 1968 r.), nie mam specjalnej wiedzy, aby ocenić autentyczność lub nawet wiarygodność fabularyzowanej relacji panów Bertolucciego i Adair, obaj na własne oczy świadkami powstań studenckich. Poprzednią powieścią Adaira była Miłość i śmierć na Long Island, która stała się uznaną wersją filmową z 1997 roku w reżyserii Richarda Kwietniowskiego. (A co się stało z panem Kwietniowskim po tym oszałamiającym debiucie w filmie fabularnym?)
Aby skrócić nieco dygresyjną krytykę, od razu powiem, że Marzycielom nie udaje się połączyć faktów w spójną i przekonującą narrację. Nie oznacza to, że widzowie, którzy w ogóle zaznajomili się z początkami filmowego szaleństwa pod koniec lat 50. i 60., powinni przegapić ten czuły hołd złożony temu okresowi i jego pełnym pasji entuzjastom. I dodałbym – choć niechętnie – że różnorodne fragmenty filmowe, które zręcznie zebrał pan Bertolucci, są prawie warte samej ceny wstępu. Z drugiej strony możecie zobaczyć mój problem (jako zagorzałego autora), gdy pierwszym klipem w filmie jest Shock Corridor Sama Fullera (1963). Moja stosunkowo życzliwa recenzja spowodowała, że nowojorski krytyczny establishment wyśmiał mnie pod pręgierzem za mój rzekomo tandetny gust. Ach, ale znowu dygresja….
Historia The Dreamers rozpoczyna się od głosu w języku angielskim, przypisywanego ostatecznie Matthew (Michael Pitt), młodemu amerykańskiemu studentowi z San Diego, z którym się zaprzyjaźnił – podczas demonstracji dla Langlois, jak na ironię, po tym, jak został zwolniony przez rząd – przez para o imieniu Theo (Louis Garrel) i Isabelle (Eva Green), którzy okazują się być rodzeństwem. Matthew natychmiast czuje pociąg do Isabelle, ale stopniowo zaczyna podejrzewać, że ona i Theo są niezwykle blisko siebie – być może nawet kazirodczym rodzeństwem.
Po pierwszym spotkaniu Matthew zostaje zaproszony przez nowych przyjaciół do przestronnego mieszkania na lewym brzegu Sekwany, którego właścicielami są ich zamożni rodzice, matka urodzona w Wielkiej Brytanii (Anna Chancellor) i ojciec-francuski poeta (Robin Renucci). Kiedy rodzice mają zamiar wyjechać z miasta na wakacje na wsi, Isabelle i Theo przekonują Matthew, aby się do nich wprowadził.
Większa część akcji toczy się w mieszkaniu, w którym zaczyna kształtować się dziwaczne ménage à trois, nieprzeniknione dla świata zewnętrznego. Pełna nagość od przodu, zarówno męska, jak i żeńska, staje się tak zwyczajną codziennością, że erotyczne podniecenie nieodłącznie związane z tą sytuacją zaczyna słabnąć w usypiającej atmosferze przypominającej raj. Choć Theo coraz bardziej zbliża się do Matthew, niepokojąco sadomasochistyczne postępowanie wydaje się bardziej jednopłciowe niż biseksualne. Isabelle i Theo zwykle dzielą tę samą łazienkę i wkrótce Matthew – pierwotnie wzór prostoty – zaczyna pozbywać się zahamowań wraz ze swoimi ubraniami. Ale tylko do pewnego momentu: kiedy Isabelle żartobliwie zaczyna golić włosy łonowe z pomocą Theo, Matthew ze złością wzywa do przerwania postępowania i próbuje odciągnąć Isabelle od Theo. Wysiłek jest jednak z góry skazany na porażkę, gdy Theo zamyka się w swojej sypialni z inną dziewczyną; Isabelle wpada w szał z żalu i zazdrości, podczas gdy Matthew stoi bezradnie.
Bertolucci nie przesunął tak mocno granicy jawnej seksualności od czasu skandalicznego na arenie międzynarodowej Ostatniego tanga w Paryżu (1972) ponad 30 lat temu. Za swoje wysiłki The Dreamers otrzymał ocenę NC-17 od coraz bardziej nieistotnych cenzorów branżowych, którzy jedynie wysyłają sygnał do hord internetowych patronów porno. Niestety, w mojej zdeprawowanej opinii eksperta, panu Bertolucci nie udało się wywołać kolejnej rewolucyjnej eksplozji erotycznej, częściowo dlatego, że w sferze filmowej zmysłowości jest znacznie większa konkurencja niż 30 lat temu, a częściowo dlatego, że aktorom brakuje niezbędnej chemii ze sobą. Panowie Bertolucci i Adair prowadzą nas ścieżką ogrodową, a potem znowu w dół, nie rozwiązując żadnego z problemów, które tak złośliwie wisiały przed nami.
Stąd mozolna próba samobójcza zostaje udaremniona przez przypadkowo wyrzucony przez okno bruk uczestnika zamieszek; Theo ponownie przyłącza się do rewolucji, rzucając koktajlem Mołotowa w ciężko uzbrojoną i dobrze chronioną policję podczas zamieszek; a Matthew potwierdza swój sceptycyzm co do wartości aktywizmu politycznego, broniąc Stanów Zjednoczonych w wojnie w Wietnamie, mimo że wyraźnie uchyla się od poboru z akademicką odroczeniem.
Podczas pokazu zauważyłem, że w filmie mogłem zostać zacytowany – a nawet błędnie – w związku z moim porównaniem Charliego Chaplina i Bustera Keatona. Nieważne: klipy „Małego włóczęgi” Chaplina na końcu „Świateł miasta” (1931) pozostają wiecznie świetliste, podobnie jak wiele kinowych wspomnień Bertolucciego: Mouchette Roberta Bressona staczająca się ze wzgórza aż do śmierci w „Mouchette” (1967); Garbo gładząca meble, aby namacalnie przypomnieć sobie miłosną noc w Królowej Krystynie Roubena Mamouliana (1933); Marlena Dietrich odcinająca głowę gorylowi w Blond Wenus (1932); i, oczywiście, Jean Seberg promujący International Herald Tribune w „Bez tchu” Jeana-Luca Godarda (1960).
W dół i na zewnątrz w Tokio Anime
„Tokijscy ojcowie chrzestni” Satoshi Kona, napisany przez Keiko Nobumoto i pana Kona, zostali rzekomo zainspirowani „Trzej ojcami chrzestnymi” Johna Forda (1948), będącymi kolejną filmową wersją „Trzech ojców chrzestnych”, powieści Petera Kyne’a, której początki sięgają wczesnej ery niemej. Jak się okazuje, animowane Tokio pana Kona jest tak daleko i daleko od Doliny Pomników Forda, że można się zastanawiać, dlaczego jakiekolwiek podanie źródła uznano za konieczne. Z pewnością nie dzieje się tak dlatego, że główny pomysł ratowania dziecka przez trzech zatwardziałych przestępców byłby zbyt ckliwy jak na japoński gust, gdyby nie kojarzył się z amerykańskim sentymentalizmem: w końcu nawet Akira Kurosawa, dumny reżyser samurajów, wściekał się na myśl o opuszczonym dziecka w Rashomon (1950).
W poprzednich wersjach tej bożonarodzeniowej opowieści trzech złych mężczyzn podejmuje się misji zabrania osieroconego niemowlęcia w bezpieczne miejsce w miejscu uchodzącym za cywilizację Starego Zachodu. W historii pana Kona trzech złych mężczyzn zostało zastąpionych przez trzech bezdomnych: Gin, tęgi brodaty alkoholik; Hana, lekkomyślna transwestyta w średnim wieku, przepełniona instynktami macierzyńskimi; oraz Miyuki, nastoletnia uciekinierka uciekająca przed traumą związaną z dźgnięciem ojca.
zodiaku 22 stycznia
W ten sposób Pan Kon rozszerzył oryginalną fabułę, dając każdemu z bohaterów przypominających Magów historię. Ostatecznie wszystko zostaje szczęśliwie rozwiązane po serii pościgów i otarć się o śmierć na klifach, kończąc się ponownym spotkaniem dziecka z kochającymi rodzicami. Stąd w hollywoodzkiej wersji wspólnota zostaje w filmie pana Kona zastąpiona rodziną jako ostatecznym schronieniem dla zagrożonego dziecka.
Muszę przyznać, że nie jestem pewien, na jakim poziomie ironii i wyrafinowania operuje pan Kon oraz do jakiego sektora japońskiej i międzynarodowej publiczności kinowej dostosował swój film. Jego styl wizualny wygląda bardziej na iluzjonistyczny mainstream niż w bardziej mózgowo stylizowanym The Triplets of Belleville. Jednak pan Kon nie wykorzystuje swoich przygnębionych bohaterów do łatwego patosu; są na to zbyt energetycznie i żywotnie mobilni. W istocie zachęca ich, aby nie pogrążali się w użalaniu się nad sobą, lecz raczej zacisnęli pasy i rozpoczęli nowe życie.
Niemal morderczy atak na Gina dokonany przez gang nastoletnich chuliganów sprzątających okolicę stanowi wstrząsające przypomnienie, że ludzie mieszkający na ulicach naszych wielkich miast łatwo padają ofiarą różnych drapieżników. Chociaż dla całej trójki wszystko kończy się dobrze, pomiędzy bohaterami, a także naszym sumieniem, nękają społeczna obojętność i niesprawiedliwość. To może równie dobrze być celem całego ćwiczenia.
Analizowanie analizy
Empatia Amie Siegel wykorzystuje zarówno fikcyjne, jak i niefikcyjne środki, aby zilustrować niektóre dziwactwa, dziwactwa i absurdy procesu psychoanalitycznego, który rozpętał się na świecie w ubiegłym stuleciu. Pani Siegel nie zawsze wskazuje linię demarkacyjną pomiędzy fikcją a literaturą faktu, choć skupia się wyłącznie – wręcz przesadnie – na napięciach, jakie powstają pomiędzy analitykami płci męskiej i analizantkami pod przykrywką usankcjonowanej kulturowo intymności. Prowadzi to do często banalnych pytań i odpowiedzi, w których analitycy, prawdziwi lub podszywający się, są pytani, czy kiedykolwiek składali propozycje seksualne swoim pacjentkom lub czy pozwalali pacjentkom na takie zaloty. Czy analitycy kiedykolwiek kłamią? Czy pacjenci? W mojej głowie pojawiają się dwa pytania: po pierwsze, jak rozpoznać, że kłamią? A po drugie, czy to robi jakąś różnicę, skoro, jak mówi nam Freud, nawet kłamstwa mogą ujawnić coś zakorzenionego w podświadomości?
Zodiak astrologiczny Skorpion
Mówiąc jaśniej, pani Siegel sugeruje, że na pracę analityka duży wpływ mają decyzje dotyczące dekoracji wnętrz. Konkretny pomarańczowy mebel zaprojektowany przez Charlesa i Raya Eamesów jest obiektem zbliżenia, na którym w kadrze nie widać żadnych ludzi. (Powiedziano nam, że nazywa się ją kanapą Billy'ego Wildera, chociaż moim zdaniem wygląda na klasyczne krzesło analityka.)
Mimo to film płynie z pewnym wdziękiem i gładkością, w dużej mierze dzięki poczuciu psychicznej tajemnicy, jakie roztacza urocza aktorka Gigi Buffington w fikcyjnej roli Lii, poszukiwaczki prawdy i samopoznania. A jeśli chodzi o kwestię intymności, pojawia się interesująca plotka, w której wskazano, że słynny brytyjski psychoanalityk przekroczył świętą granicę między analitykiem a pacjentem: Winnicott miał pacjentkę, której rękę chwycił i trzymał w ten sposób cztery razy w tygodniu przez wiele miesięcy – nie jestem pewien, czy jest w tym coś złego. „Empathy” można oglądać na Film Forum do 3 lutego.