Czuję się prawie jak w połowie martwy: w piwnicy z tym, co zostało z zespołu

Zespół występujący w programie Eda Sullivana. (Archiwum zdjęć CBS)

Wcześniej w czerwcu, dwa miesiące po śmierci Levona Helma, perkusisty i najsilniejszego wokalisty The Band, otrzymałem e-mail z tematem: The Band Reunion. To było ciekawe, bo składało się z pięciu osób – Rick Danko, Helm, Garth Hudson, Richard Manuel i Robbie Robertson – a teraz niewiele z nich zostało. Pan Hudson i pan Robertson są jedynymi żyjącymi członkami zespołu i poza występem na ceremonii wprowadzenia do Rock and Roll Hall of Fame w 1994 r., obaj rzadko grali razem muzykę, odkąd zespół w pełnym składzie dał swój ostatni występ w 1976 r. To spotkanie, które odbyło się w ostatni piątkowy wieczór w Iridium Jazz Club, nie było wyjątkiem. Pan Hudson siedział na planie z Jimem Weiderem, który zastąpił pana Robertsona na stanowisku gitarzysty prowadzącego po reaktywacji zespołu w latach 80., ale to mi wystarczyło: w zespole jest wystarczająco dużo legendy, że samo bycie w zespole ten sam pokój, w którym grał człowiek, który grał na akordeonie w „When I Paint My Masterpiece”, wydaje się wręcz znaczący. Jest też wiele historii, z których większość zakończyła się tragedią.

Zespół jest wzorem dla standardu autentyczności, według którego oceniamy dzisiejszych muzyków. Były bez wysiłku autentyczne. Kiedyś odrzucili występ z Glenem Campbellem, ponieważ chciał, żeby usiedli na ciężarówce z platformą i zsynchronizowali swoje piosenki. Wszyscy oprócz Helma byli Kanadyjczykami, ale ludzie nie kwestionowali tego, że śpiewali piosenki o dzierżawcach i uczęszczaniu na wyścigi konne. Ich prace cechuje niezwykły obiektywizm – opowiadały historie o zmitologizowanej Ameryce, zamiast próbować być jej częścią.

znak zodiaku 22 kwietnia

Wspierali Boba Dylana – który odkrył ich w klubie w New Jersey lub w Kanadzie, w zależności od relacji – podczas jego pierwszej trasy koncertowej z napędem elektrycznym, co oznacza, że ​​byli wygwizdywani przez całe areny wypełnione zagorzałymi fanami folku. Słynna jest sytuacja, gdy w 1966 roku na koncercie w londyńskiej Free Trade Hall jeden z widzów krzyknął na nich „Judasz”. (Helm już wtedy opuścił trasę, bo, jak kiedyś napisał, nie stworzono mnie po to, żeby mnie wygwizdywano.) Dylan stał się swego rodzaju mentorem, a The Band nagrał z nim ogromny repertuar muzyczny, który został później wydany pod tytułem Taśmy z piwnicy .

Taśmy z piwnicy jest niesamowity, ponieważ jest zbiorem piosenek w większości o niczym. Nic w Sali Pustkowi, Einstein przebrany za Robin Hooda, w ezoterycznym, ale niejasno możliwym do zinterpretowania sensie, ale w dosłownym sensie niczego. Został nagrany w wynajętym przez zespół domu w pobliżu West Saugerties w stanie Nowy Jork i jest to tak naprawdę pierwsza – i być może, z wyjątkiem TV Party zespołu Black Flag – trwała narracja w muzyce pop o nudzie w domu. Jest piosenka o planowaniu wakacji (Going to Acapulco), piosenka o praniu (Clothes Line Saga), piosenka o marzeniach o hipotetycznej przyszłej żonie (You Ain’t Going Nowhere). Greil Marcus nazwał tę muzykę dokumentem The Old Weird America, wydobywając niewytłumaczalnie niesamowity klimat lat, w których powstawały nagrania muzyczne na południu Ameryki, i jest to prawda, ale w mniejszym stopniu dlatego, że muzyka brzmi jak dawny folk i blues, a bardziej dlatego, że wymaga ten nastrój i przenosi go na podmiejski niepokój. Weź Blues z sokiem pomarańczowym (Blues na śniadanie):

Ciężko było mi się obudzić
dziś rano

Mam wiele rzeczy
w moich myślach

dom Eltona Johna

Podobnie jak ci twoi przyjaciele

Ciągle mnie poniżają

Po prostu kręcę się
cały czas

To bardzo amerykański problem – chcieć, żeby wszystko szło po twojej myśli i być zdruzgotanym, gdy tak się nie dzieje – to mniej istotne niż, powiedzmy, wojna secesyjna, o której The Band pisze w swoim późniejszym arcydziele, „The Night They Drove Old Dixie Down” , ale jest traktowany z równą powagą.

Eduardo Savarina

Następnie zagrali w Woodstock i na Isle of Wight, wydali dwa doskonałe albumy, jeden dobry album, a potem mnóstwo szalonej, popularnej muzyki, aż do zerwania.

Ich ostatni występ z panem Robertsonem został z miłością sfilmowany przez Martina Scorcese w Ostatni Walc . Helmowi się to nie podobało, ponieważ sprawiało, że Robertson wyglądał jak centralny element grupy (był producentem filmu) i stwierdził, że było to największe oszustwo, jakie kiedykolwiek przydarzyło się The Band. Podobno wszyscy oprócz pana Robertsona zostali obciążeni tantiemami za film, który – podobnie jak większość nagranej przez nich muzyki – kipi energią, a także jest strasznie tragiczny. Widziałem to 20 razy i wciąż ściska mnie w gardle w momencie, gdy Martin Scorcese pyta Ricka Danko, co teraz robi Ostatni Walc się skończył. Danko nie może znaleźć odpowiedzi i w końcu mówi: „Po prostu staram się być zajęty”.

Podczas ostatniego występu w Winterland Ballroom w San Francisco dołączyli do nich tacy artyści jak Neil Young, Muddy Waters, Van Morrison, Joni Mitchell i Dylan, ale do czasu ich ponownego połączenia – bez pana Robertsona – w 1986 r. grali Cheek to Cheek Lounge na przedmieściach na Florydzie. W wieczór koncertu Manuel powiedział swoim kolegom z zespołu coś w stylu: „Zaraz wracam” i powiesił się na pasku w łazience w sąsiednim Quality Inn. Miał 43 lata; jego nekrolog w New York Timesa pomylił się w swoim wieku. Pan Robertson miał wygłosić mowę pochwalną na swoim pogrzebie, ale się nie pojawił. Pan Hudson zagrał na kościelnych organach „I Shall Be Released”. Żaden z uczestników nie mógł zdobyć się na siłę, by zaśpiewać słowa: Widzę, jak świeci moje światło/Z zachodu na wschód/Teraz lada dzień, lada dzień/Zostanę uwolniony.

W 1998 roku u Helma zdiagnozowano raka gardła. W 1999 r. Rick Danko, wówczas 56-letni, zmarł we śnie w swoim domu w północnej części stanu Nowy Jork. W 2001 roku pan Hudson ogłosił upadłość. Helm doszedł do siebie po intensywnej radioterapii i operacji i zaczął organizować koncerty pod nazwą Midnight Rambles w swoim domu niedaleko Woodstock, częściowo po to, aby opłacić rachunki za leczenie. Kiedy ogłoszono wiadomość, że Helmowi nie zostało długo życia, pan Hudson wydał oświadczenie: Jest mi w tej chwili zbyt smutno, żeby wyrazić słowami.

IRYD to klub w piwnicy na Times Square, schowany pomiędzy Stardust Diner a teatrem, w którym odbywają się przedstawienia Mamo Mia . Zespół Jima Weidera nazywa się Project Percolator i gra dla kilkudziesięciu osób, które dziwnie niczym się nie wyróżniają, z wyjątkiem menadżera Iridium, który ma dredy, uśmiecha się przyjaźnie i pyta, czego chcę do picia, mówiąc: „Czy jesteś spragniony? oraz publicystka siedząca przy moim stoliku, ubrana w krótkie spodenki i koszulkę z napisem SENIORZY, ponieważ niedługo wyjeżdża na Oszołomiony i zdezorientowany - tematyczne przyjęcie urodzinowe. Pomiędzy klawiaturą Yamaha a starymi organami kościelnymi, ustawionymi pod kątem prostym, stało puste, obrotowe krzesło komputerowe.

Po pewnym czasie, kiedy w końcu pojawił się Garth Hudson, nie było w nim nic, co wydawałoby się realne. Był raczej pomysłem, czymś, co pozostało z innego czasu. Był zgarbiony i miał brodę sięgającą do połowy klatki piersiowej oraz grzywę białych, kędzierzawych włosów, która wyłaniała się spod czarnego kowbojskiego kapelusza i opadała kępką na jedno ramię. Wyglądało na to, że jedyną rzeczą, która trzymała go przy klawiaturze, były palce na klawiszach. Ale kiedy zaczął grać, a jego ręce poruszały się szybko i swobodnie, tak że wyglądało to bardziej, jakby strzepnął kurz z kuchennego stołu, dźwięk poleciał prosto z przeszłości. Zaczął solo, powolnym nowoorleańskim bluesem, którego ton i nastrój stale się zmieniały. Po ładnym wierszu nut wciągnął pięść w powietrze. Często pięknie rozgrywał linię, po czym opuszczał rękę w stylu: „Czy naprawdę muszę to robić?”. gest. Nie udzielał wywiadów.

wymarzony podkład w formie musu

Jego wsparcie włączyło się i zagrali Just Like a Woman, o czym Jim Weider poprzedził, mówiąc, że nie grali w tę grę wcześniej. Kiedy skończyli, ktoś z widowni powiedział: „Wyglądało, jakbyś to ćwiczył”, na co pan Hudson z powagą odpowiedział: „Byłeś tam?” To były jedyne słowa, które wypowiedział przez cały wieczór. Występ zakończył się wykonaniem piosenki zespołu Rag Mama Rag. Wszystko było instrumentalne, bo nie było już nikogo, kto mógłby to zaśpiewać.

[email protected]