Bystra, niegodziwa pani Dalloway hańbi sprośnego Dickensa

„Pani Dalloway” Marleen Gorris na podstawie scenariusza Eileen Atkins na podstawie powieści Virginii Woolf objawia się na ekranie jako melodia półnut na odwieczny temat tego, jacy jesteśmy w przeciwieństwie do tego, jacy byliśmy . Film, podobnie jak wspaniała powieść, na podstawie której jest adaptacją, zaczyna się dokładnie w letni dzień w Londynie, 13 czerwca 1923 roku, a kończy przed świtem tej samej nocy, ale nie wcześniej niż beztroska przeszłość Clarissy Dalloway zostaje przywołana w sporadycznych retrospekcjach. .

Pani Dalloway wydaje w swoim domu w Westminster jedno ze swoich modnych przyjęć, na które przyciąga nawet premiera. Gdy 50-letnia gospodyni, grana przez Vanessę Redgrave, wyrusza ze swoimi sprawami do St. James' Park, nie może powstrzymać się od wspomnień długiej podróży, którą odbyła od czasu, gdy była energiczną młodą dziewczyną o imieniu Clarissa Parry (Natascha McElhone), wybrała spośród swoich trzech zalotników, młodego Petera Walsha (Alan Cox), młodego Hugh Whitbread (Hal Cruttenden) i młodego Richarda Dalloway (Robert Portal). Wszyscy trzej wielbiciele, teraz starsi o ponad trzydzieści lat, jeśli nie mądrzejsi, mają wziąć udział w przyjęciu mającym na celu samopoznanie pani Dalloway.

Nie wspominając już o duchu bankietu, nieszczęsnym Septimusie Warrenie Smithie (Rupert Graves), który tego dnia w 1923 roku na chwilę pojawia się na drodze pani Dalloway, a następnie przechodzi do wieczności jako jedna z utrzymujących się ofiar Wielkiej Wojny które na zawsze zmieniło Anglię i świat.

Jeśli mówisz o strumieniu świadomości, zapraszamy do „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, ale ja zabiorę panią Dalloway nad „Ulissesem” w każdy dzień tygodnia. Ale wtedy mogę być uprzedzony. Pierwszą wielką miłością mojego życia był uczony Virginia Woolf, któremu złożyłem hołd, zgłębiając całą twórczość Woolf i odkrywając w ten sposób wzniosłość pani Dalloway. Rzeczywiście, byłem tak przytłoczony, że w latach 50. w kilku recenzjach filmowych, które pisałem dla magazynu Film Culture Jonasa Mekasa, użyłem pseudonimu Peter Walsh. O czym mogłem myśleć? Peter Walsh to jeden z najbardziej świadomych porażek w literaturze światowej. Czy był to mój obraz siebie, gdy miałem około 20 lat, kiedy brnąłem w daremność, tracąc dziewczynę i nie mając nic do pokazania w drodze do kariery? Wtedy byłem Peterem Walshem, ale teraz jestem bliżej Richarda Dallowaya. No cóż, niezupełnie, i mogę patrzeć na biednego Petera z pewnym smutnym dystansem, jak na kogoś, kto jakimś cudownym splotem wydarzeń uniknął stawania się w dojrzałym wieku.

Kobiety mówiły mi, że Joyce rozumiał ich płeć lepiej niż jakikolwiek pisarz płci męskiej swoich czasów. To, co niezmiennie zadziwia mnie w przypadku Woolf, to to, że rozumiała wewnętrzne życie mężczyzn lepiej niż jakikolwiek pisarz płci męskiej swoich czasów, a tego właśnie mi brakuje w znakomitym scenariuszu pani Atkins, która jest tak bliska żywej reinkarnacji Woolf, jak można sobie wyobrazić. Mimo to trudno sobie wyobrazić panią Dalloway w ogóle zaadaptowaną w 97-minutowym filmie, a tym bardziej w tak błyskotliwy sposób, by okazała się jednym z moich ulubionych filmów 1998 roku, a mamy dopiero luty. Jeśli chodzi o zręczne reżyserowanie przez panią Gorris tego niezwykle subtelnego materiału, byłem nieco zaskoczony, biorąc pod uwagę ostry feminizm, jaki prezentował holenderski reżyser w nagrodzonych Oscarem „Linia Antonii” (1995), „Pytanie o milczenie” (1982). i Rozbite lustra (1984). Poważne, choć kłopotliwe potraktowanie przez Sally Potter Orlanda Woolf podczas tour de force Tildy Swinton w 1993 r. stanowiło ostrzegawcze przypomnienie o niebezpieczeństwie zredukowania sztuki poetyckiej Woolfa do rangi programu politycznego. Pani Gorris unika błędu pani Potter, modulując zjadliwą ironię w narracji oraz szanując godność i przyzwoitość nieco śmiesznych postaci z pewnego okresu, określonej klasy i pewnego wieku.

To, co daje pani Dalloway zdecydowaną przewagę nad Ulissesem, to polityczne wyrafinowanie Woolfa i prowincjonalna homerycka zarozumiałość Joyce’a. Woolf zburzył pobożny patriotyzm Wielkiej Wojny poprzez palące wizje Septimusa Warrena Smitha. Joyce zadowalał się powiększaniem mikrokosmosów w makrokosmosy. Woolf jest też zabawniejszy.

Pani Gorris i pani Atkins osiągnęły falującą zabawę w rytmie aktorów. Podobnie jak w przypadku najskuteczniejszych adaptacji Henry'ego Jamesa, niektóre z najpiękniejszych fragmentów prozą w języku angielskim musiały zostać ujęte w zwięzłe frazy lub całkowicie pominięte. Jednak gdy każdy członek tej ekipy, w najmniejszym stopniu, emanuje autorytetem i pewnością siebie, z którymi, jak się wydaje, konsekwentnie potrafią jedynie brytyjskie zespoły, magia Woolfa przybiera inną, ale równoważną formę. Pani Redgrave jako pani Dalloway i pan Graves jako Septimus zdobywają najwyższe wyróżnienia w swoich dialektycznie przeciwstawnych rolach, co sprawia, że ​​fabuła oscyluje pomiędzy biografią a historią.

Jednak pani McElhone i pan Cox w zadziwiający sposób odnieśli sukces, sprawiając, że młoda Clarissa i młody Peter naświetlili fatalne momenty pozornie pogawędek, które nieodwracalnie ukształtują dwa losy, tak że 33 lata później Clarissa i Peter, niegdyś przejmująco młodzi i pełni nadziei, wiktoriańskim wiejskim raju, mogą ponownie spotkać się w gruzińskim czyśćcu miejskim i wreszcie zdać sobie sprawę, że choć Clarissa złamała Peterowi serce, Clarissa zawsze znała siebie i Petera lepiej niż Peter znał siebie i Clarissę. To, co się wydarzyło, musiało się wydarzyć.

Michael Kitchen jako dojrzały Peter Walsh i John Standing jako Richard Dalloway, wartościowy człowiek, patrzą na siebie podczas uroczystości organizowanych na przyjęciu pani Dalloway i na próżno próbują odzyskać wspólną przeszłość. Ale to właśnie w tych wyrazach pamięci, żalu i wyrzutów sumienia budzą się uczucia, których nie da się opisać słowami. Ostatecznie to pani Redgrave splata wszystkie splątane wątki narracji w gobelin jaskrawych kolorów, niegodziwych spostrzeżeń i wdzięcznych gestów uznania i pocieszenia.

Krąży plotka, że ​​pani Redgrave przez pomyłkę odmówiono jej przyznania Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej za film Jamesa Ivory’ego „Howards End” (1992), kiedy prezenterka omyłkowo przeczytała nazwisko Marisy Tomei w związku z jej błyskotliwą rolą komediową w „Mój kuzyn Vinny” Jonathana Lynna (1992). Niezależnie od tego, czy plotka jest prawdziwa, czy nie, Akademia ma kolejną szansę uhonorowania pani Redgrave i mam nadzieję, że z niej skorzysta.

Dekonstrukcja Dickensa

Wielkie nadzieje Alfonso Cuaróna na podstawie scenariusza Mitcha Glazera na podstawie powieści Charlesa Dickensa sprawiły, że pożałowałem, że nie byłem muchą na ścianie podczas konferencji poświęconej temu absurdalnie zaktualizowanemu remake’owi powieści Dickensa Davida Leana z 1946 roku . Mógłbym się założyć, że nikt na sali tak naprawdę nie czytał tej książki, opierając się zamiast tego na taśmach wideo klasyka Lean, który mieli zamiar ulepszyć, dodając trochę seksu i nagości do romansu Finna (zmienionego z Pipa w oryginał) i Estella. Przecież dzisiejsze dzieci nie byłyby zadowolone z cnotliwego całusa w policzek. Młoda i wyniosła Estella Jeana Simmonsa pozwoliła młodemu i zachwyconemu Pipowi Anthony’ego Wagera obdarzyć go swoją pierwszą i wieczną miłością. Ponad pół wieku później wciąż można pamiętać ten zaczarowany moment. Nowe i niepotrzebnie lubieżne Wielkie nadzieje powinny jeszcze przed upływem miesiąca wylądować na śmietniku historii kina.

Ethan Hawke w roli dorosłego Finna i Gwyneth Paltrow w roli dorosłej Estelli to tak słabo napisane postacie, że niesprawiedliwe jest porównywanie ich na niekorzyść z Johnem Millsem i Valerie Hobson z oryginału. Nie można też winić źle wyreżyserowanej, ale niezaprzeczalnie utalentowanej Anne Bancroft i Roberta De Niro za to, że nie sprawili, że zapomnieliśmy o Marticie Hunt i Finlayu Currie w rolach, które dla siebie stworzyli.

Największym problemem nowej wersji jest niezdolność Amerykanów do docenienia zawiłości wiktoriańskiej struktury klasowej. Kiedy się nad tym zastanowić, Pip Dickensa i Leana otrzymuje zapis pozwalający udać się do Londynu i zostać zamożnym dżentelmenem, wymagającym jedynie odpowiednich manier w zakresie dawania przyjęć i uczestniczenia w nich, co oznacza, że ​​Pip w rzeczywistości nie ma zrobić nic, jeśli powrócimy do współczesnego nowojorskiego żargonu koktajlowego. To nigdy nie wystarczyłoby w przypadku amerykańskiego bohatera, więc Finn przyjeżdża do Nowego Jorku, aby zostać artystą-celebrytą o złamanym sercu, chociaż jego rzekomy geniusz zostaje nieco przyćmiony przez spóźnione mamrotane odkrycie, że dobroczyńca-skazaniec Finna zapewnił mu sukces, wykupując cały jego obrazy i rysunki jeszcze przed indywidualną wystawą. To powinno potwierdzić najgorsze podejrzenia co do sceny artystycznej SoHo.

Korytarz Ciemnego i Brudnego Szoku zostaje ponownie otwarty

Korytarz szoku Sama Fullera (1963) na podstawie jego własnego scenariusza zostaje wznowiony w nowej, 35-milimetrowej odbitce z sekwencją kolorów, której nie pamiętam, kiedy recenzowałem ten kultowy klasyk dla The Village Voice po jego otwarciu. W tamtym czasie wdałem się w bolesną polemikę z Pauline Kael i jej licznymi zwolennikami, z których większość ją opuściła, gdy zorientowali się, że ona też kocha filmy. Mimo to nieco zawstydziła mnie, że popieram talent Fullera do tworzenia czegoś w rodzaju kina pulpowego o poważnym podejściu. Powiedziała mi, że reżyser Irvin Kershner pogratulował jej w Hollywood za krytykę krytyków takich jak ja za wychwalanie twórców filmowych równie wulgarnych i jaskrawych jak Fuller (1911-1997). Kiedy w końcu spotkałem pana Kershnera, poczułem się bliżej jego wrażliwości niż Fullera, tego Wizygota wulgarności z prawdziwego świata żółtej prasy w Shock Corridor, filmie o wiele bardziej żywym i przejrzystym niż większość dzisiejsze wysuszone filmy noir. Spójrz na to z otwartym umysłem i wyrozumiałym sercem i ciesz się.

zodiak 2 września