Bankowość na temat mitu Melville'a i nowatorskich zastosowań Scrimshawa

Nocny inspektor – Frederick Busch. Książki Harmony, 278 stron, 23 dolary.

Jedną z wielu przyjemności czytania monumentalnej książki Edwina G. Burrowsa i Mike’a Wallace’a Gotham: A History of New York City to 1898, którą mam nadzieję kiedyś skończyć, jest odkrycie, ile wspólnego ma nasz własny Nowy Jork z wczorajszym miastem. Od samego początku nowojorczycy żyli i umierali zgodnie z mottem śmiało wyrażonym w Zniszczeniu Gotham, apokaliptycznym bestsellerze z 1886 r., Nie będziesz biedny. Choć to przykazanie okazało się równie wiążące jak Boże w Exodusie, w Gotham: A History z pewnością nie brakowało ambicji tłumowi spekulantów, właścicieli ziemskich, szefów partii, gangsterów, handlarzy, handlarzy, handlarzy, imigrantów i artystów. Pozostaw niezadowolonemu nowojorskiemu autorowi Hermanowi Melville’owi – urodzonemu w zamożnej rodzinie na Pearl Street, wczesnym beneficjentowi, a później ofiarie finansowych kaprysów miasta – wynalezienie pisarza Bartleby’ego, jedynego człowieka na Wall Street, który wolałby się nie rozwijać gospodarka.

Wartość netto Eduardo Saverina

Tragiczna historia życia Melville'a to zakorzeniony amerykański mit, ceniony szczególnie przez powieściopisarzy, którzy jako gatunek czują się zagrożeni przez siły rynku i jako jednostki wierzą, że są opętani przez dzikiego geniusza Melville'a, nie nie ma znaczenia, jak nieskuteczne są strony ich fikcji. Choć zmarł w 1891 r., Melville stał się wielkim amerykańskim powieściopisarzem XX wieku dzięki samej sile krytyki. Jego twórczość zainspirowała tych, którzy mieli łatwy dostęp do jego zawirowań, jak D.H. Lawrence i poeta Charles Olson, a także innych, którzy mogli podziwiać jego burzę językową jedynie z odległości śródlądowej, jak F.O. Mathiessen, a ostatnio biograf Hershel Parker, którego pierwszy tom, przenosząc Melville do roku 1851, jest tak obciążony szczegółami codziennej pracy, że można podejrzewać pana Parkera o bycie ukrytym nihilistą.

Kult Melville'a przybiera niepokojący obrót wraz z powieścią historyczną Fredericka Buscha Nocny inspektor, szczególnie ponurym przykładem literackiego thrillera, będącego połączeniem wzajemnie wykluczających się ambicji, które ostatnio stały się tak powszechne w księgarniach. Akcja powieści Buscha rozgrywa się w bocznych uliczkach i na nabrzeżu Manhattanu w 1867 roku. Wojna secesyjna zaludniła wyzwolonymi niewolnikami slumsy takich dzielnic jak Afryka (Thompson Street); kamienice Five Points (Chinatown) są opanowane przez zmasakrowanych weteranów, wśród nich naszego głównego bohatera, Williama Bartholomew, byłego strzelca wyborowego Unii, który dosłownie stracił twarz w wyniku mściwych Konfederatów. Pan Busch pięknie przywołuje przyczynę i skutki swoich ran wojennych, a scena otwierająca powieść, w której Bartłomiej przymierzany jest do żywicznej maski, jest małym cudem realistycznej powściągliwości. Ale upadek powieści zaczyna się w Cheerie's Chophouse, kiedy Barth-olomew, absolwent Uniwersytetu Yale, zamienia maskę na welon, którego używa podczas posiłków i dołącza do swojego stołu, na razie zapomnianego wielkiego autora (i śmiało określanego jako M). .

Czytałem Wieloryba, mówi Melville’owi, który zarabia skromnie na życie jako inspektor celny. Myślę, że to oślepiający blask, epitafium naszej gospodarki. Wkrótce wdzięczny autor dzwoni do swojego zamaskowanego towarzysza-fanu i zgodnie z wydźwiękiem podziwu Bartłomieja przypieczętowują swoją przyjaźń transakcją biznesową. Syn M. Malcolm wstąpił do Gwardii Narodowej i potrzebuje niezawodnej broni. Bartholomew oferuje swojego Navy Colta kalibru .31 po okazyjnej cenie, częściowo po to, by pozbyć się jego morderczej historii, a M przyjmuje ofertę. Każdy, kto choć trochę zna życie Melville’a, wie, jaki los czeka Malcolma i jego nowy rewolwer, a reszta będzie w stanie się domyślić. To, że przyjacielska umowa zakończy się katastrofą, jest typowym pechem Melville’a. Dlaczego ten sam pistolet miałby wystrzelić ponownie podczas pościgu burzliwej łodzi na rzece Hudson, to pytanie, na które może odpowiedzieć tylko pan Busch, być może z pomocą swojego hollywoodzkiego agenta.

Powieść historyczna, jak pisze krytyk James Wood ze swą zwykłą ostrością, praktykowaną dzisiaj, jest po prostu science fiction odwróconą do tyłu, ze wszystkimi towarzyszącymi jej prymitywami. Oznacza to, że fikcja historyczna traktuje przeszłość jak nieznany świat, narzucając opisywanemu okresowi warunki, aby był on gościnny dla czytelników. Podobnie jak wyobrażona przyszłość, odtworzona przeszłość jest zarówno egzotyczna, jak i uspokajająco znajoma. W „Nocnym inspektorze” wszędzie widoczne są ślady naszego współczesnego życia, łatwo widoczne pod fasadą realizmu pana Buscha: od sceny masakry cywilnej dokonanej przez armię Unii (Rwanda, Srebrenica) po pełny opis dziecięcej prostytutki. kostium (JonBenet Ramsey), aż po sadomasochistyczną orgię obserwowaną przez otwór, z obrożami, biczami i – bez żartów – dildem typu scrimshaw. (Z drugiej strony, jesteśmy także świadkami publicznego czytania Charlesa Dickensa, który między rozdziałami odświeża się drinkiem z nieuniknionej karafki lodowatej wody.) Dantejska wyprawa powieści w miejską nędzę, około 1867 roku, jest szczególnie niepokojąca, nie dlatego, że szczegóły są historycznie niedokładne, ale dlatego, że same odcinki zostały dostosowane tak, aby były maksymalnie atrakcyjne. W bardziej ostrożnych powieściach historycznych, takich jak Henry i Clara Thomasa Mallona, ​​wydarzeniami z przeszłości wydaje się rządzić logika ich kontekstu, a czytelnikowi nie pozwala się na skinienie głową i mrugnięcie okiem, lecz powierzono mu możliwość odkrycia tego, co w narracji może być znajome, a zatem uniwersalne.

Albo, ujmując to inaczej: czasami wibrator typu scrimshaw powinien być po prostu wibratorem.

Pan Busch zna swoje Melville, a wszystkie tematy, które zgłębia w Nocnym inspektorze, pojawiają się we wstępie do wydania Billy Budd and Other Stories firmy Penguin Classics. Najważniejszą z nich jest słynna skarga Melville'a do Hawthorne: „Niech mnie dolary przeklęte”.… To, co najbardziej mnie porusza, jest zakazane – to się nie opłaci. A jednak w sumie pisać inaczej, bo ja nie potrafię. Inspektor Nocy powtarza to w linii dialogu i często szczegółowo odwołuje się do fragmentów swoich książek; jest właściwie tak cytowany, że inspiruje reportera o aspiracjach literackich, Sama Mordechaja, aby chodził za nim z notatnikiem i spisywał dla potomności jego gorzką mądrość. Te chwile mają być poważne, stanowić sedno powieści, którą pan Busch, cieszący się dobrą reputacją literacką, zdecydował się napisać w inny sposób. Jednak realizm epokowy, jaki praktykuje Busch, ma bardzo rygorystyczne ograniczenia

taki dialog, niezależnie od źródła, podważa wiarygodność powieści.

Ja sam zdecydowałem się zostać unicestwiony, oznajmia pewnego dnia M, patrząc na martwego konia w rynsztoku (wiersz ten zapisał Hawthorne po spotkaniu z Melvillem w 1856 roku). Mam na myśli to, że kiedy skończę, to skończę. Być może realizm historyczny się skończył – teraz, gdy Thomas Pynchon uzurpował sobie jego metody – a potem niektóre – na rzecz swojego nieskończenie pomysłowego Mason & Dixon, który traktuje każdą rodzimą formę literatury amerykańskiej, wysoką i niską, jako równe źródło satyry, a mimo to radzi sobie , w staromodny sposób, aby wplecić te odmienne elementy w treściwą narrację. Za każdym razem, gdy smutny, cytowany M pojawiał się ponownie w Nocnym inspektorze, nie mogłem powstrzymać się od myśli o Benjaminie Franklinie wpadającym na Masona i Dixona w aptece w Filadelfii i doradzającym im, gdy Dixon zamawia swoje lecznicze laudanum, Strangers, posłuchajcie mojej mądrej rady ,–Nigdy nie płać Ceny Detalicznej.

Mason i Dixon to literatura bezkompromisowa, ambicjami i duchem znacznie bliższa Melville'owi niż Nocny inspektor. Wykorzystywanie, jak to robi pan Busch, pryncypialnego spadku Melville'a z list bestsellerów z lat czterdziestych XIX wieku do bezczelnego zwiększania rankingów Amazon.com jest, delikatnie mówiąc, nieszczere. Ale przecież to Nowy Jork, gdzie aleje są na tyle szerokie, że tłumy gonią za dolarem i nie ma czasu na martwienie się konsekwencjami, jest tylko wynagrodzenie. W wzburzeniu prasowym autora prawie nikt nie zauważy, że pan Busch, łamiąc pakt z literaturą, by przestrzegać pierwszego przykazania rynku, skazał swoje ukochane i zapracowane strony na najokrutniejszy los ze wszystkich: dostarczanie tanich wrażeń obojętnemu czytelnikowi.