Nowe wznowienie „My Fair Lady” olśniewa… Dopóki tak nie jest

Lauren Ambrose w Moja Piękna Pani. Joanna Marcus

Zakładam, że nie ma żywej duszy powyżej 20 roku życia, która nie widziała przynajmniej jednej produkcji Moja Piękna Pani. To dobrze, bo w przypadku kontrowersyjnego, nowego, nominowanego do nagrody Tony wznowienia tego historycznego musicalu, obecnie wystawianego w nowojorskim Lincoln Center, trzeba pamiętać o pozostałych. Nie oznacza to jednak, że nie jest tak zachwycający jak zawsze. Ale wspaniały reżyser Bartlett Sher, który nigdy nie robi nic złego, zrobił coś, co choć nie jest do końca katastrofalne, to moim zdaniem zdecydowanie rozczarowujące.

Jak powszechnie uznawano w wiadomościach, a nawet recenzjach, Sher stwierdziła, że ​​#Ja teżruch był po części tym, co skłoniło go do przepisania i zmiany kształtu zakończenia. Bez spoilerów, proszę, ale po prawie trzech godzinach radości nie wyjdziesz już szczęśliwy. Po raz pierwszy w życiu odeszłam Moja Piękna Pani smutny jak dźwigacz trumny. Nie chcę przekazywać fałszywego wrażenia, że ​​mam coś przeciwko ruchowi #MeToo w ogóle, ale stanowczo potępiam zmianę zakończenia uznanego amerykańskiego klasyka muzycznego na rzecz tego lub jakiegokolwiek innego ruchu politycznegolub w ogóle z jakiegokolwiek powodu.

Nie martw się. Powodów do radości jest jeszcze wiele. Po pierwsze, jest to przełomowa dla kariery rola spektakularnej Lauren Ambrose w roli Elizy Doolittle. To brudna urwis w łachmanach sprzedająca fiołki na krawężniku przed Covent Garden, która staje się celem zakładu profesora Henry'ego Higginsa, aroganckiego londyńskiego snobka i eksperta w dziedzinie lingwistyki, który zakłada, że ​​uda mu się zamienić najniższego rynsztoka w damę godną noszenia królewskiej korony na bal w ambasadzie.

astrologia 24 października

Kupując Elizę za zaledwie pięć funtów od jej ojca, nic nierobiącego śmieciarza (w tej roli, choć niezbyt subtelnie, hałaśliwy Norbert Leo Butz), profesor Higgins przenosi ją do swojego eleganckiego domu przy Wimpole Street i rozpoczyna okrutną, dydaktyczną rytuał karmienia, ubierania się i przemieniania obdartej muffinki w wyróżniającą się królewską damę, będącą przedmiotem zazdrości brytyjskiego społeczeństwa, w ciągu sześciu miesięcy. Najpierw poświęca się zadaniu nauczenia jej, jak podbić język angielski, a następnie ubierać się jak księżna i chodzić jak królowa. Humor i mądrość walki klasowej są znakomicie przywoływane, ilustrowane i wzmacniane przez jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych, jakie kiedykolwiek napisali Alan Jay Lerner i Frederick Loewe.

Sprawy zaczynają się źle, bo Ambrose rzuca się w rolę przybłędy z Cockney z mocnym jak beton akcentem. Skutek jest taki, że przez prawie całą pierwszą godzinę nie mogłem zrozumieć ani jednego słowa, które wyszło z jej ust, przez co pierwszy akt był w ogromnym stopniu niemożliwy. Ta irytacja nie trwa tak długo, jak się wydaje.

Punktem zwrotnym jest oczywiście Deszcz w Hiszpanii. Kiedy już pozna sekret odkorkowania języka i wymawiania samogłosek, przywracając „H” i spłaszczając „A”, Ambrose staje się czystą magią, a gdy nabierze rozpędu, nic jej nie powstrzyma. Zanim po raz pierwszy publicznie pojawi się na scenie w Ascot, już szlifuje blask i blask, na który tak niewolniczo pracowała. Kiedy jej głos wznosi się w „I Could Have Danced All Night”, wiwaty są w pełni zasłużone. Jestem fanem, odkąd eksplodowała na ekranie w porywającym serialu telewizyjnym HBO Sześć stóp pod ziemią, ale kto wiedział, że potrafi śpiewać z taką mocą, pięknem i klarownością? Jako muchomor Cockney wyrastający na pikantną truflę jest odkryciem roku.

Jako profesor Higgins, Harry Haddon-Paton (znasz go z Opactwo Downton) nie jest Rexem Harrisonem, ale jego rażący egoizm rośnie w tobie jak porost. Diana Rigg, która kiedyś grała Elizę w bardzo chwalonym brytyjskim odrodzeniu, jest odpowiednio wyrafinowana i po ludzku zwycięska w roli matki profesora Higginsa, która staje się nieoczekiwanym sojusznikiem Elizy. Norbert Leo Butz energicznie brnie przez Get Me to the Church on Time, ale nie rozumiem, dlaczego towarzyszy mu chór wąsatych mężczyzn w przebraniu. Scenografia Michaela Yeargana i kostiumy Catherine Zuber w pełni oddają przepych i łagodny wdzięk patrycjuszowskiej epoki edwardiańskiej.

Wszystko olśniewa, aż do ostatecznego postanowienia. W Elizie profesor Higgins tworzy swoje arcydzieło, ale co się z nią stanie? Wszystko się zmieniło, łącznie z jego oddanym statusem zatwierdzonego kawalera. Ale jedyną rzeczą, której nie udało się osiągnąć jego dziełu, jest poczucie miłości i uznania, którego potrzebuje ze strony mężczyzny, którego nauczyła się kochać. Jego taktyka mogła być nieczuła i raniąca, ale on też ją kocha. Dlatego śpiewa „Przyzwyczaiłem się do jej twarzy”. We wszystkich innych wersjach ona mu wierzy i żyją długo i szczęśliwie. Nie w tej produkcji. Zniekształcanie uczuć z 1913 r. wartościami z 2018 r., aby Eliza mogła stanąć w obronie swojej uczciwości, wytrąca całą sprawę z równowagi.

Zarozumiałym uzasadnieniem tego niepotrzebnego majsterkowania, poza potrzebą uhonorowania obecnego trendu wzmacniania pozycji kobiet poprzez seksualną poprawność polityczną, jest plotka, że ​​George Bernard Shaw stronił od szczęśliwych zakończeń w jakiejkolwiek formie i pozbawił Elizę i profesora Higginsa szansy na różowy przyszłość w swojej oryginalnej sztuce Pigmalion, którego premiera odbyła się w Wiedniu w 1913 r., a rok później w Londynie i Nowym Jorku. Wyreżyserowany przez autora, Pigmalion zignorował wszelkie prośby o połączenie przemienionej Elizy i jej mentora, prof. Higginsa, w związek małżeński.

Jednak w Londynie, ku irytacji Shawa, rozdzielczość sztuki została zmieniona bez jego zgody i pozwolenia, aby zapewnić popularnej publiczności różowe zakończenie, którego pragnęła. Shaw walczył z tym pomysłem aż do wersji filmowej z 1938 roku, w której wystąpili Leslie Howard i Wendy Hiller, która dała widzom to, czego chciała.

Triumfalny finał, który ustanowił Pigmalion ponieważ najpopularniejsza sztuka Shawa jest odtwarzana we wszystkich wersjach, włączając w to historyczną broadwayowską inscenizację z 1956 r. Moja Piękna Pani, wyreżyserowany przez Mossa Harta, emitowany przez sześć i pół roku z Rexem Harrisonem i Julie Andrews, oraz kolosalna, nagrodzona Oscarem wersja filmowa George’a Cukora z 1964 r., za 17 milionów dolarów, która zdobyła osiem Oscarów, w tym jedną dla Rexa Harrisona za powtarzanie swoją pierwotną rolę u boku znakomitej Audrey Hepburn. Skończyli na uśmiechach. Teraz, kiedy ta produkcja się kończy, pomimo wspaniałych piosenek i wystawnego pokazu talentu, dźwięk, który wydaje ci się, że słyszysz, nie jest aplauzem; to męka niektórych z najwybitniejszych nazwisk w historii teatru, przewracających się w grobach.