
Królewna Śnieżka . (Zdjęcie: Mark Shelby Perry)
Co to za świeże piekło? W rodzaju obłąkanej próby zszokowania, sprowokowania i zdumienia zblazowanych widzów w Nowym Jorku, którym tylko wydaje się, że widzieli już wszystko, ponure szaleństwo reklamowane jako film z oceną X Królewna Śnieżka atakuje zmysły w Minetta Lane Theatre w Greenwich Village. To są rzeczy, które można było szybko otworzyć tylko w Nowym Jorku (i zamknąć jeszcze szybciej) – zaprojektowane, wykonane i absurdalnie błędnie oznaczone jako coś innego. To okropne, ale nie powiedziałbym, że nigdy wcześniej nie widziałeś czegoś podobnego. Oburzenie nie jest niczym nowym dla oddanego nowojorczyka. Pamiętacie jednonocny musical na Broadwayu Frankensteina ? Pomyśl o ekstrawagancji, która oznaczała debiut (i upadek) Cockettes, z drag queens pchającymi wózki dziecięce i posypującymi gwiazdorską publiczność walcowanymi jointami i valium podczas wieczoru otwarcia.
Nic tak zabawnego nie dzieje się w Królewna Śnieżka . Wchodzisz ogarnięty mgłą wydobywającą się z wytwornic dymu, która zatyka zatoki i infekuje gałki oczne. Zagracona scena z większą ilością blasku niż choinka w Rockefeller Center. Po lewej stronie ogromny szklany żyrandol w niebieskiej neonowej ramie. Po prawej stronie pusta karuzela. A pośrodku skąpo odziana grupa kobiet topless i Muscles McGurków wijących się między celami więziennymi, udając zdeprawowaną ekstazę. To chyba połączenie recitalu baletowego, komedii dell’arte, rewii muzycznej i hołdu dla starych dobrych czasów w piwnicy Studia 54 przed przyjazdem policji.
Gdzieś w tym hałasie i zapachu ciał kryje się awangardowa koncepcja baśni, która skłoniła Walta Disneya do aresztowania obywatela. Wyreżyserowany przez Austina McCormicka, chorego na jaskrę wizjonera i choreografa bez szczególnego talentu, to złowrogi bałagan o samobójczych proporcjach. Podczas gdy topless neandertalczyk w czarnej peruce unosi się nad błotem, a dym mamrocze niespójnie po niemiecku, jak powrót do starych piwnic kabaretowych przedwojennego Berlina, korpus baletowy tańczy w ramionach bezgłowych manekinów.
Królewna Śnieżka to niepokorna dziewczyna z tytanicznymi udami i ogoloną głową. Siedmiu krasnoludków to choriny w halloweenowych maskach i drag queens na wysokich obcasach i cekinowych paskach – wodewil wymyślony na nowo przez markiza De Sade. W razie wątpliwości (co zdarza się stale) synchronizują ruch warg ze starymi płytami gramofonowymi, takimi jak Hemando’s Hideaway i My Heart Belongs to Daddy. Po przerwie, która na szczęście daje dużej części publiczności szansę skierowania się do drzwi wyjściowych i nigdy nie powrotu, całość zamienia się w autobusową wersję Cyrku Wielkiego Jabłka, z akrobatami zwisającymi na linach i wirującymi w metalowych pierścieniach do Earthy Kitt śpiewającej Dzień, w którym cyrk opuścił miasto.
OK, może się mylę. Może trzeba to zobaczyć, żeby w to uwierzyć. Kostiumy Zane’a Pihlstroma, wzmocnione wystarczającą liczbą masek, aby wypełnić horror Johna Carpentera, nie służą żadnemu celowi, ale fajnie się na nie patrzy. Upiorne oświetlenie autorstwa Jeanette Oi-Suk Yew i dziwaczny makijaż Sarah Cimino dodają wymiaru deprawacji, która sprawia, że czujesz się jakbyś był uwięziony w barokowym burdelu bez okien i drzwi. Co to wszystko znaczy? Chyba nic wielkiego. Wszystkie te obrazy bez treści i dziwactwa bez formy sprawiają, że całość wydaje się wymuszona i bezcelowa. I mów o fałszywej reklamie! Pomimo wysiłków obsady, aby udawać zmysłowość poprzez potrząsanie stringami w stronę publiczności, nie ma w tym nic choćby w najmniejszym stopniu ocenionego na X. Królewna Śnieżka .
znak zodiaku na 30 listopada
Jak długo taka porażka może opierać się wyłącznie na ciekawości? Moim zdaniem ograniczony okres siedmiu tygodni to siedem tygodni za długo.

Jamyl Dobson i Nandita Shenoy w Pralka/suszarka . (Zdjęcie: Isaiah Tanenbaum)
Z wyjątkiem dobrej, ale źle dobranej obsadyzostał nakłoniony do absurdalnego, przesadnego napadu – nowej sztuki Off Broadwayu Pralka/suszarka to dość przyjemna drobnostka opowiadająca o pułapkach nowojorskich nieruchomości i problemach zarządów spółdzielni, które od dziesięcioleci cieszą się złą sławą bastionów uprzedzeń, rasizmu i homofobii. Michael, chiński chłopak z Westchester, jest już od tygodnia żonaty ze swoją indyjską dziewczyną, Sonyą, a portier w jej budynku spółdzielczym wciąż musi do niej codziennie dzwonić, aby przyjąć go jako gościa. Dlaczego? Ponieważ jego nowa żona nikomu nie powiedziała, że ma męża. Dlaczego? Ponieważ mieszka w jednoosobowym mieszkaniu, które jest uważane za pożądane znalezisko. Dlaczego? Ponieważ ma własną pralko-suszarkę. I nie mogą się ruszyć, bo budynek zabrania podnajmu.
W miarę rozwoju fabuły i rosnącej frustracji Michaela ona nie chce łamać prawa, a on czuje się urażony, że traktuje się go jak lokatora. Jest zdana na łaskę budynku. Dominuje nad nim niegrzeczna, trudna i szczera matka, która wszystkiego nie pochwala. Za każdym razem, gdy dzwoni dzwonek do drzwi, wszystko musi zostać ukryte w pralce/suszarce. Wstrętnemu prezesowi zarządu spółdzielni Sonya przedstawia Michaela jako swojego najlepszego przyjaciela geja, co ściąga na siebie niechciane zaloty ich sąsiada, geja Sama.
opuszczam streaming
W końcu musi zdecydować, co jest ważniejsze na liście priorytetów – umowa najmu obejmująca zestaw pralko-suszarki czy przysięga małżeńska wiążąca się z lojalnym, kochającym mężem, który sprzeciwia się zasadom budowlanym. Choć brzmi to głupio, znam pary z Nowego Jorku, które musiały stawić czoła temu samemu dylematowi. Komiczny punkt kulminacyjny sztuki pojawia się, gdy wścibski biały snob z zarządu spółdzielni (Annie McNamara), szykowny czarny stereotyp (Jamyl Dobson), hinduska żona (Nandita Shenoy, która także napisała sztukę), chiński mąż ( znakomity Johnny Wu) i jego apodyktyczna matka (Jade Wu) wypełniają jednopokojowe studio w tym samym czasie. Śmiech jest nieunikniony.
Nieuniknione jest także zbyt wiele przykuwających wzrok podwójnych ujęć wszystkich aktorów, aby wydobyć z każdego zestawu komiksu więcej humoru, niż to konieczne, przez co postacie wyglądają bardziej głupio i przesadnie niż zabawnie. Żart jest taki, że nowojorczycy zrobią wszystko, byle nie morderstwo, żeby dostać mieszkanie z dodatkowym sprzętem. To przyjemne założenie, które nie jest dobrze realizowane przez reżysera (Benjamin Kamine), który nie ufa materiałowi na tyle, by pozwolić mu mówić samo za siebie, lub przez obsadę, która przesadza z dużą szybkością, gdy subtelność dałaby szczęśliwsze rezultaty.