
Od lewej Mott the Hoople: Dale Buffin Griffin, Ian Hunter, Pete Overend Watts, Mick Ralphs.YouTube
Motta Hoopla był the świetny brytyjski zespół rockowy lat 70-tych.
Zeppeliny były zbyt obciążone swoim alpejskim Ebowem i błękitem Allaha, a ich samolot zaginął w astralnych chmurach gdzieś pomiędzy Mekką, Memphis i Mordorem; Stonesi byli sztucznie brutalnymi celebrytami, potrafiącymi od czasu do czasu wyciągnąć jakąś potężną plwocinę ze swoich wąskich tyłków na wygnaniu podatkowym, ale niekonsekwentni, myślący o księgowych i równie niebrytyjscy jak Fish & Chips Arthura Treachera; i Floyd, ze swoją wyśmienitą i lodowatą perfekcją planetarium, arpeggio Northern Star i głębokimi spostrzeżeniami psychologicznymi z pierwszej randki, uznali każdą zalaną wodą piwnicę za swoją ojczyznę.
(Jeśli chodzi o zespoły punkowe, The Clash walczyło dopiero pod koniec dekady; prawdziwą muzyczną transcendencję Jam osiągnął tylko na jednym albumie ( Wszystkie wady modów ); i jedyny inny zespół punkowy, który mógł konkurować, The Damned, rozpowszechnił swoje najlepsze dzieło między końcem lat 70. a pierwszą połową lat 80.)
Ach, ale Mott the Hoople!
Mott the Hoople łączył w sobie złośliwości kominiarza Small Faces, wujka Boba, szaleństwo beat-bandu Jerry'ego Lee Lewisa z czasów Star Club, powolną ekstazę The Kinks, absurdalne tupanie i brzęk Joe Meeka oraz zarozumiały uśmieszek Vince'a Taylora.
Ale potem dokonali dwóch niezwykłych i wyjątkowych rzeczy, korzystając z tych wszystkich radosnych wpływów.
[youtube https://www.youtube.com/watch?v=vfvyUGetN1Q?list=PLjwRWFOburBBtmbT1kTCUYmaXdW79SjU6&w=560&h=315]
Najpierw wykonali je z kopającym pastorem, grubym rytmem brytyjskiego post-bluesowego metalu – to znaczy na wpół ogłupionego Purple, na wpół przemądrzałego Slade’a (co oznacza rodzaj chwiejnego ubijania, które według mnie zadzwonię do proto-Fu Manchu); a po drugie, stanęli na czele tego wrzeszczącego, tupiącego, szalejącego na Reeperbahn, niechlujnego, niechlujnego automatu do gry z jednym z najbardziej wrażliwych i utalentowanych autorów tekstów rock'n'rollowych, jaki kiedykolwiek wyprodukowano, Ianem Hunterem.
Nie jestem pewien, czy ktokolwiek inny kiedykolwiek próbował tego rodzaju kombinacji (a jeśli tak, to nie wyszło mu to nawet w połowie tak dobrze). Nie da się tego porównać do przejścia Dylana na prąd; można to porównać do tego, jak Dylan przechodzi na elektryka i wybiera jako wsparcie Blue Cheer lub Flamin’ Groovies z ery boogie.
A może to tak, jakby Harry Nilsson dołączył do Paul Revere & the Raiders; lub (i być może, i to może być najbardziej trafne), to tak, jakby Elliott Smith był wspierany przez jakąś dziwną kombinację Blue Öyster Cult i Dr. Feelgood.
W jakiś dziwny sposób może to było to, po co sięgał Kurt Cobain – ta mieszanka profanum i świętych biopsji duszy – ale Ian Hunter cechował się absolutną bezpośredniością w stosunku do języka, zamiłowaniem do melodii i sloganów oraz niechęcią do metafor, które uczyniło go (i czyni) absolutnym wzorem oszczędności i wdzięku i dosłownie jednym z największych autorów piosenek, jakich kiedykolwiek wyprodukował rock'n'roll. To, że Hunter został dopasowany do podróżującego z prędkością machiny garażowego metalowego zespołu rockowego, jest, cóż, niezwykłe i spektakularne.
Peter Overend Watts, basista Mott the Hoople, zmarł w ubiegłą niedzielę w wieku 69 lat (Overend, co wielu uważało za pseudonim, było w rzeczywistości jego prawdziwym drugim imieniem).
[youtube https://www.youtube.com/watch?v=4MyJHh451Y4&w=560&h=315]
zodiak 15 września
Imponujący, niemal pozbawiony sztuki styl Wattsa znacznie różnił się od flotowych stylów Squire/Lake/Entwistleizm jego epoki; a mimo to był zarówno całkowicie idealny dla Mott the Hoople, jak i wywarł ogromny wpływ na podstawę basu dopasowaną do stopy, perkusji i akordu tonicznego, która zbudowała punk rock. Jego wpływ na graczy takich jak Paul Simonon, Alvin Gibbs i Sami Yaffa jest naprawdę głęboki, nie wspominając o jego ogromnym wpływie na współczesnych, takich jak Trevor Bolder i Gene Simmons.
Pod wieloma względami żaden inny gracz ani styl nie pasowałby do Mott the Hoople. Potrzebowali kogoś, kto podwoi dolny zakres sugerowany przez brzmienie Micka Ralphsa (a później Ariela Bendera). Podobnie jak The Dolls (którzy mieli podobne, ale jeszcze bardziej grudkowate i dudniące podejście do basu), świst basista ze szkoły muzycznej porzuciłby schematy akordów Hantle Farmer John/Dave Clark 5 i wibrujące brzęczące gitary rytmiczne. wiatr, bez kotwicy.
Watts, na wysokich platformach, ze stogiem siana siwych włosów i dziwacznym strojem, który zarówno Dave Hill, jak i Derek Smalls ze Slade’a uznaliby za absurdalny, był prawdopodobnie drugim głównym punktem wizualnym filmu. pomysł z Mott the Hoople. Jest wielu ludzi, którzy swoje wyobrażenie o tym, jak wygląda angielski glam lub jak powinien wyglądać basista, wyrobili sobie na podstawie widoku tej platynowej góry, Pete'a Overenda Wattsa.
Grzechem byłbym również nie wspomnieć o tym: dwóch albumach Motta bez Iana Huntera (z udziałem Wattsa, perkusisty Dale’a Buffina Griffina – który, co dziwne, zmarł prawie rok przed Wattsem – oraz późnego Motta the Hoople’a klawiszowiec Morgan Fisher) są naprawdę o wiele, wiele lepsze, niż powinny i zasługują na poważną uwagę i ponowną ocenę.
[youtube https://www.youtube.com/watch?v=aFRKu3My1Oc?list=PLnsqVRYspq0XCKcJnd5HCGHOUA_gfplY6&w=560&h=315]
W rzeczywistości drugi album Motta (1976 Krzyczeć i wskazywać ) to wspaniały i fascynujący pomost pomiędzy Mott the Hoople, Slaughter i boogie pop punk w stylu Dogs/Boys, a bardziej efektowną/hanoi-rockową stroną hair metalu (wokalista Nigel Benjamin, który powtarza glamowy sashay i zwiastuje pisk Sunset Strip, jest mocno niedoceniany jako piosenkarz).
Na tym zakończmy: siedem albumów studyjnych Mott the Hoople wypełnionych jest niemal nieskończonymi i absolutnie niezbędnymi rozkoszami. Zespół konsekwentnie przekuwa garażowego rocka z mięsnym haczykiem, żałosne i pastoralne hymny, histerię dziewczęcych grup, podwójne beczenie trąbiących skarpetek, automitologizujące brokatowe hymny i nastoletnie bunty w jeden z najbardziej satysfakcjonujących katalogów w historii popu głaz. Sięgnij po dowolny album Mott the Hoople, a będziesz świadkiem ich geniuszu i powolnego galopującego boskiego uderzenia basisty Pete’a Overenda Wattsa.
Moją ulubioną obecnie jest rozszerzona wersja Na żywo , wydany pierwotnie jako pojedyncza płyta w 1974 r., ale wydany ponownie 30 lat później jako znacznie lepszy podwójny zestaw. To jeden z najwspanialszych albumów na żywo, jakie kiedykolwiek nagrano: surowa, dynamicznie rozwijająca się, wiśniowa bomba albumu, to w zasadzie najlepszy album Clash, jakiego Clash nigdy nie wydał, i starannie łączy się w całość – w akordach mocy, ładowaniu chukka-chunka, prawie wymykający się spod kontroli, Dave Davies spotyka Richiego Blackmore'a rzucającego petardy z wagonu pociągu - (prawie) na wszystkich etapach kariery Mott the Hoople.
Aha, i druga płyta zawiera najlepszą wersję Sweet Jane, jaką kiedykolwiek nagrano. Tak, the najlepsza wersja Sweet Jane, jaką kiedykolwiek nagrano.
ROZERWAĆ. Petera Overenda Wattsa. Basista jednego z najwspanialszych zespołów wszechczasów. 13 maja 1947 – 22 stycznia 2017.