Recenzja „Renfield”: zero gwiazdek za głośne, wstrętne i brutalne śmieci

Nicolas Cage (po lewej) i Nicholas Hoult w „Renfield”.Zdjęcia krótkie/uniwersalne Michele K

Chociaż długość Renfielda jest na szczęście krótki, półtorej godziny śmieci to więcej tortur, niż na to zasługuje zdrowy umysł. Najgorszy film od czasów Babilon, ten nadmiar głośnych, wstrętnych, brutalnych śmieci bezczelnie twierdzi, że nazywa się wampirzą farsą, ale nigdzie nie widać ani krzty oryginalności i jest tak dowcipny jak ambulans z przebitą oponą.


RENFIELD (0/4 gwiazdek )
Reżyseria: Chrisa McKaya
Napisane przez: Ryana Ridleya
Występujący w rolach głównych: Nicholas Hoult, Awkwafina, Ben Schwartz, Adrian Martinez, Shohreh Aghdashloo, Nicolas Cage
Czas trwania: 93 minuty


Renfielda jest świadectwem przeciętności współczesnych filmów, więc nie powinienem być zaskoczony, ale pokładałem większe nadzieje w pomyśle o filmie, który głębiej zgłębia barwną, ale powściągliwą postać Renfielda, wiernego sługi hrabiego Draculi, tak zapadającą w pamięć uwieczniony w klasycznym horrorze Dwighta Frye’a z 1931 roku. Po wiekach okrutnej niewoli żałosne stworzenie męczy się zdobywaniem świeżych ciał dla swojego narcystycznego pana i wyrusza samotnie, aby sprawdzić, czy poza różnymi przytułkami, które nazywa domem, jest życie na przyzwoitym poziomie, poza niewolą Księcia Ciemności i smakować czegoś innego niż pokarm szczurów i pająków dostarczany przez jego złośliwego szefa. Do filmu o umyśle i uczuciach jedynego partnera Draculi w deprawacji podszedłem więc z uniesieniem i obietnicą czegoś świeżego i interesującego. Rezultat, przykro mi to mówić, był podekscytowany suszoną śliwką i efektem kontroli podatkowej.

Od scenariusza tak żywego jak zabójstwo na drodze po równomiernie źle obsadzoną listę aktorów, którzy nie są w stanie nawet przywrócić do życia wieczności nieumarłych za pomocą grafiki komputerowej – wszystko w tym katastrofalnym kinowym derbowym rozbiórce idzie nie tak. Nicholas Hoult jest zbyt młody i przystojny, żeby zagrać dziwaka, który od wieków egzystuje na diecie pozbawionej białka. Wśród zbrodniczo zmarnowanych jest Shoreh Aghdashloo, potężna, nominowana do Oscara irańska aktorka z Dom z piasku i mgły. Obserwowanie jej dzielącej ekran z okropną raperką i aktorką Awkwafiną to jedno z największych zawstydzeń tego roku. A co najgorsze, Nicolas Cage przeżuwa każdy element scenerii, który nie jest przybity do podłogi tak, jak sam hrabia Dracula. Nie po raz pierwszy odgrywa rolę krwiopijcy, ale nikt nie pamięta mikrokosmicznego bałaganu zwanego Pocałunek wampira. Teraz gra w terror Transylwanii może być złym snem na jego przepełnionej liście życzeń, ale nawet z czarną szminką po latach osuszania żył szyjnych, wciskania paznokci i żółtych żyletek zamiast zębów, latania jak nietoperz po północnych ulicach Nowego Orleanu z zamiłowaniem do turystów i zakonnic nie jest bardziej przerażający niż kartka na Halloween od Walgreen's. Jego Dracula to trupi kawałek zakrwawionego hamburgera pokryty wrzodami, popijający plazmę z kieliszka do martini, a on odgrywa każdą scenę pod nieświadomym kierownictwem hacka o imieniu Chris McKay. Pan Cage to nieustraszony aktor (w prawdziwym życiu także jeden z najmilszych), ale jako Dracula jest też oburzający, absurdalny i histerycznie przesadny – bardziej Butthead niż Bela.

Na szczęście nie ma wiele do roboty. Kretyński scenariusz Ryana Ridleya skupia się głównie na Renfieldzie, który po wiekach ciągnięcia peleryny Draculi do pralni chemicznej postanawia rzucić ręcznik i zacząć żyć. Aby się zmienić, uwolnić się od toksycznego, narcystycznego szefa i osiągnąć pełną władzę, zaczyna od zakupu kolorowego swetra w Macy's, przeprowadzki do współczesnego Nowego Orleanu w nowoczesnych ubraniach i zapisania się na sesje terapii grupowej dla rozczarowanych współpracowników. ludzie. (Ridley wydaje się nieświadomy, że Anne Rice pierwsza dotarła do Big Easy ze znacznie ciekawszą grupą wampirów, co po przybyciu udaremniło wszelkie próby oryginalności.) Cel Renfielda: latać jak Lugosi, zjeść kilka pączków w Dzielnicy Francuskiej bez jego zwykłe menu much i, nie daj Boże, znajdź . . . szczęście. W tym celu film podąża za wszystkimi obecnymi tandetnymi trendami – wyłupiastymi oczami, odciętymi głowami, eksplodującymi ciałami rozpryskującymi krew na tapetę i co gorsza – jednocześnie starając się znaleźć wiarygodną równowagę między strachem a farsą, ale nie udaje jej się to. Poszedłem z ciekawości – okazuje się, że ta sama ciekawość, która zabiła kota.


to regularne oceny kina nowego i godnego uwagi.