John Updike, mistrz literackiej fallokraty, Drops One; Czy to już koniec wspaniałych narcyzów?

Czarno-biały portret mężczyzny w średnim wieku, patrzącego bezpośrednio w kamerę, z brodą opartą na dłoniach.

Przez lata John Updike konstruował bohaterów, którzy w zasadzie są tymi samymi ludźmi i którzy wyraźnie zastępują samego autora.Zdjęcie: Ulf Andersen/Getty Images

Mailer, Updike, Roth: Wielcy męscy narcyzi, którzy zdominowali powojenną literaturę realistyczną, znajdują się obecnie w fazie starzenia się i nie musi im się wydawać przypadkiem, że perspektywa własnej śmierci pojawia się pod światło nadchodzącego tysiąclecia i internetowych przewidywań dotyczących śmierci powieści, jaką znamy. Przecież kiedy solipsysta umiera, wszystko odchodzi z nim. Żaden amerykański powieściopisarz nie zobrazował lepiej terenu działalności solipsysty niż John Updike, którego rozwój w latach 60. i 70. uczynił go zarówno kronikarzem, jak i głosem prawdopodobnie najbardziej zaabsorbowanego sobą pokolenia od czasów Ludwika XIV. Podobnie jak Freud, pan Updike zawsze zajmował się śmiercią i seksem (niekoniecznie w tej kolejności), a fakt, że nastrój jego książek stał się w ostatnich latach bardziej zimowy, jest zrozumiały – Updike zawsze pisał głównie o sobie , a od zaskakująco poruszającego Królika w spoczynku coraz bardziej otwarcie bada apokaliptyczną perspektywę własnej śmierci.

Ku końcowi czasu dotyczy niezwykle erudycyjnego, elokwentnego, odnoszącego sukcesy, narcystycznego i mającego obsesję na punkcie seksu emeryta, który prowadzi roczny dziennik, w którym bada apokaliptyczną perspektywę własnej śmierci. Jest to powieść spośród 25 książek Updike’a, które przeczytałem, zdecydowanie najgorsza, tak niezdarna, niezdarna i pobłażliwa, że ​​trudno uwierzyć, że autor pozwolił ją opublikować w takiej formie.

Obawiam się, że poprzednie zdanie jest wynikiem tej recenzji i większość równowagi będzie polegać na przedstawieniu dowodów/uzasadnień tak lekceważącej oceny. Najpierw jednak, jeśli mogę na chwilę wtrącić w kadr krytyczną głowę, chciałbym zapewnić, że Pański recenzent nie jest jednym z tych wypuszczających ze śledziony i plujących śliną hejterów Updike’a, których spotyka się wśród czytelników literatury pod 40. Faktem jest, że prawdopodobnie można mnie zaliczyć do nielicznych prawdziwych fanów Updike'a poniżej 40 roku życia. Nie jestem tak wściekłym fanem jak, powiedzmy, Nicholson Baker, ale naprawdę tak uważam Jarmark dla ubogich , Z Farmy I Centaur to świetne książki, może klasyki. I nawet od tego czasu Królik jest bogaty — w miarę jak jego bohaterowie zdawali się stawać coraz bardziej odpychający i bez żadnych oznak wskazujących, że autor zrozumiał, że są odpychający – w dalszym ciągu czytałem powieści pana Updike'a i podziwiałem czystą wspaniałość jego prozy opisowej.

Horoskop na 22 lutego

Autor David Foster Wallace, który napisał tę recenzję, chce upewnić się, że wiesz, że nie jest jednym z tych wypuszczających ze śledziony i plujących śliną hejterów Updike'a, których spotyka się wśród czytelników literackich poniżej 40. roku życia.Star Tribune za pośrednictwem Getty Images

Większość czytelników literatury, których znam osobiście, ma mniej niż 40 lat, sporo z nich to kobiety i żadna z nich nie jest wielkim wielbicielem powojennych G.M.N. Ale zdają się nienawidzić szczególnie pana Updike’a. I nie tylko jego książki, bo z jakiegoś powodu wystarczy wspomnieć o samym biedaku i trzeba się cofnąć:

Tylko penis z tezaurusem.

Czy ten sukinsyn miał kiedykolwiek choć jedną niepublikowaną myśl?

Sprawia, że ​​mizoginia wydaje się literacka w ten sam sposób, w jaki Limbaugh sprawia, że ​​faszyzm wydaje się śmieszny.

Zodiak na 5 maja

To są autentyczne – uwierz mi – cytaty, a słyszałem jeszcze gorsze i zazwyczaj towarzyszy im taki wyraz twarzy, po którym widać, że kłótnia czy rozmowa o przyjemnościach estetycznych nie przyniesie żadnego zysku. prozy pana Updike’a. Żaden z pozostałych znanych fallokratów jego pokolenia – ani Norman Mailer, ani Frederick Exley, ani Charles Bukowski, ani nawet Samuel Delany z Hogg – nie wzbudza tak gwałtownej niechęci. Istnieją oczywiście pewne oczywiste wyjaśnienia części tej niechęci – zazdrości, ikonoklazmu, P.C. niechęć i fakt, że wielu naszych rodziców czci pana Updike’a i łatwo jest potępiać to, co szanują wasi rodzice. Myślę jednak, że główny powód, dla którego tak wiele osób z mojego pokolenia nie lubi pana Updike’a i innych G.M.N., ma związek z radykalnym zaabsorbowaniem sobą samych pisarzy i ich bezkrytycznym celebrowaniem tego zaabsorbowania sobą, zarówno sobą, jak i swoimi postaciami .

Na przykład pan Updike od lat konstruuje bohaterów, którzy w zasadzie są tymi samymi ludźmi (patrz na przykład Rabbit Angstrom, Dick Maple, Piet Hanema, Henry Bech, wielebny Tom Marshfield, wujek Nunc z Roger’s Version) i którzy wszyscy są wyraźnie zastępuje samego autora. Zawsze mieszkają w Pensylwanii lub Nowej Anglii, są nieszczęśliwymi małżeństwami/rozwiedzionymi, są mniej więcej w wieku pana Updike’a. Zawsze albo narrator, albo postać z punktu widzenia, wszyscy mają zdumiewające dary percepcji autora; wszyscy myślą i mówią w ten sam, bez wysiłku, bujny, synestetyczny sposób, co pan Updike. Są też zawsze niepoprawnie narcystyczni, flirtują, pogardzają sobą, użalają się nad sobą… i są głęboko samotni, tak samotni, jak tylko solipsysta może być samotny. Nigdy nie należą do żadnej większej jednostki, społeczności czy sprawy. Choć zazwyczaj są to mężczyźni rodzinni, nigdy tak naprawdę nikogo nie kochają – i choć zawsze są heteroseksualni do granic satyrii, szczególnie nie kochają kobiet. Sam otaczający ich świat, tak pięknie jak go widzą i opisują, wydaje się dla nich istnieć tylko o tyle, o ile wywołuje w ich wnętrzu wrażenia, skojarzenia i emocje.

znak urodzin 23 października

Przypuszczam, że dla młodych, wykształconych dorosłych lat 60. i 70., dla których największym horrorem był obłudny konformizm i represje wobec pokolenia własnych rodziców, przywołanie przez pana Updike'a lubieżnego „ja” wydawało się odkupieńcze, a nawet heroiczne. Ale młodzi, wykształceni dorośli lat 90. – którzy byli oczywiście dziećmi tych samych namiętnych zdrad i rozwodów, o których tak pięknie pisał pan Updike – mogli patrzeć, jak cały ten nowy, wspaniały indywidualizm, wyrażanie siebie i wolność seksualna zamieniają się w pozbawione radości i anomiczne pobłażanie pokoleniu Me. Dzisiejsi ludzie poniżej 40. roku życia borykają się z różnymi okropnościami, wśród których dominują anomia i solipsyzm oraz specyficznie amerykańska samotność: perspektywa śmierci, nie kochając ani razu czegoś bardziej niż siebie. Ben Turnbull, narrator najnowszej powieści pana Updike’a, ma 66 lat i grozi mu właśnie taka śmierć, a do tego cholernie się boi. Jednak, podobnie jak wielu bohaterów powieści, Turnbull wydaje się boić wszystkiego, co złe.

Ku końcowi czasu jest reklamowany przez wydawcę jako ambitne odejście pana Updike’a, jego wyprawa w futurystyczno-dystopijną tradycję Aldousa Huxleya i miękkie science fiction. Jest rok 2020 naszej ery i czas nie był łaskawy. Chińsko-amerykańska wojna rakietowa zabiła miliony ludzi i zakończyła scentralizowany rząd, jaki znają Amerykanie. Dolar zniknął; Massachusetts używa teraz skryptu nazwanego na cześć Billa Welda. Żadnych podatków — lokalni awanturnicy dostają teraz pieniądze na ochronę, aby chronić ekskluzywne lokale przed innymi lokalnymi awanturnikami. AIDS został wyleczony, Środkowy Zachód wyludniony, a części Bostonu zbombardowane i (prawdopodobnie?) napromieniowane. Opuszczona stacja kosmiczna wisi na nocnym niebie niczym młodszy księżyc. Istnieją maleńkie, ale drapieżne metalobioformy, które zmutowały z toksycznych odpadów i krążą, pożerając prąd i okazjonalnie ludzi. Meksyk ponownie przywłaszczył sobie południowo-zachodnią część Stanów Zjednoczonych i grozi masową inwazją, mimo że tysiące młodych Amerykanów przemyka się przez Rio Grande w poszukiwaniu lepszego życia. Krótko mówiąc, Ameryka przygotowuje się na śmierć.

Postmilenijne elementy książki są czasami fajne i naprawdę stanowiłyby interesujące odejście dla pana Updike’a, gdyby nie były tak pobieżne i styczne. Jakie 95 proc Ku końcowi czasu składa się z tego, że Turnbull opisuje dominującą florę (w kółko z każdą porą roku) i swoją kruchą, kastrującą żonę Glorię, wspomina byłą żonę, która rozwiodła się z nim za cudzołóstwo, i rozmyśla o młodej prostytutce, którą wprowadza się do domu, kiedy Gloria wyjechała na wycieczkę. Jest tu także wiele stron, na których Turnbull rozmyśla nad rozkładem i śmiertelnością oraz tragedią kondycji ludzkiej, a jeszcze więcej stron Turnbulla omawia seks i władczość popędu seksualnego oraz szczegółowo opisuje, jak pożąda różnych sekretarek, sąsiadów i mostu. partnerzy, synowa i mała dziewczynka należąca do grupy młodych twardzieli, którymi się chroni, 13-latek, którego piersi – płytkie, napięte stożki zakończone sutkami wiciokrzewu – Turnbull w końcu może pieścić się w las za domem, kiedy jego żona nie patrzy.

Jeśli brzmi to jak ostre podsumowanie, oto twarde statystyczne dowody na to, jak wielkim odejściem dla pana Updike’a jest naprawdę ta powieść:

  • Całkowita liczba stron o przyczynach wojny chińsko-amerykańskiej, czasie trwania i ofiarach: 0,75;
  • Całkowita liczba stron poświęconych śmiercionośnym zmutowanym metalobioformom: 1,5;
  • Całkowita liczba stron o florze wokół domu Turnbulla, a także o faunie, pogodzie i tym, jak wygląda jego widok na ocean w różnych porach roku: 86;
  • Całkowita liczba stron na temat przejęcia przez Meksyk południowo-zachodniej części Stanów Zjednoczonych: 0,1;
  • Całkowita liczba stron o penisie Bena Turnbulla i jego różnych uczuciach wobec niego: 7,5;
  • Ogólna liczba stron poświęconych ciału prostytutki, ze szczególnym uwzględnieniem loci seksualnych: 8,75;
  • Łączna ilość stron o golfie: 15;
  • Łączna liczba stron Bena Turnbulla, w których napisano takie rzeczy jak „Chcę, żeby kobiety były brudne”, „Jesteśmy skazani, mężczyźni i kobiety, na symbiozę”, „Ona była wyborowym kawałkiem mięsa i miałem nadzieję, że wytrzyma za uczciwą cenę” części seksualne są potworami, poświęcającymi wszystko temu bolesnemu punktowi kontaktu: 36.5.

Najlepsze części powieści to pół tuzina małych scenerii, w których Turnbull wyobraża sobie, że wciela się w różne postacie historyczne – rabusia grobowców w starożytnym Egipcie, św. Marka, strażnika w nazistowskim obozie zagłady itd. To perełki i żałuję, że nie było ich więcej. Problem w tym, że nie pełnią one tutaj żadnej większej funkcji poza przypomnieniem nam, że pan Updike potrafi pisać świetne, pomysłowe scenografie, kiedy ma nastrój. Ich uzasadnienie w powieści wynika z faktu, że narrator jest miłośnikiem nauki. Turnbull szczególnie interesuje się fizyką subatomową i czymś, co nazywa teorią wielu światów – która faktycznie pochodzi z 1957 roku i jest proponowanym rozwiązaniem pewnych paradoksów kwantowych wynikających z zasad nieoznaczoności i komplementarności, a która jest niewiarygodnie abstrakcyjna i skomplikowana… Turnbull wydaje się sądzić, że jest to mniej więcej to samo, co teoria przekazu przeszłych wcieleń, najwyraźniej wyjaśniając w ten sposób stałe fragmenty gry, w których Turnbull jest kimś innym. Cała konfiguracja kwantowa staje się zawstydzająca w taki sam sposób, w jaki coś pretensjonalnego jest zawstydzające, gdy jest również błędne.

Lepsze i bardziej przekonująco futurystyczne są monologi narratora na temat przesunięcia koloru niebieskiego w czerwony i ostatecznej implozji znanego wszechświata pod koniec książki, i to również byłoby jednym z najważniejszych momentów powieści, gdyby nie fakt, że Turnbull interesuje się kosmiczną apokalipsą tylko dlatego, że służy ona jako wielka metafora jego własnej śmierci – podobnie jak wszystkie Housmanowskie opisy optometrycznie znaczącego Roku 2020 i końcowy, ciężki opis małych bladych ćm w książce, [które] błędnie wykluły się pewnego późnojesiennego dnia, a teraz przewracają się i fruwają stopę lub dwie nad asfaltem, jak gdyby zostały uwięzione w wąskim klinie czasoprzestrzeni pod zacierającą nieuchronnością zimy.

Wydaje się, że niezgrabny styl tej powieści zaraził nawet prozę, która była wielką siłą Johna Updike’a przez prawie 40 lat. Ku końcowi czasu od czasu do czasu pojawiają się przebłyski pięknych piszących jeleni, opisywanych jako przeżuwacze o delikatnych twarzach, liście przeżute przez japońskie chrząszcze, a ostry zakręt samochodu przypomina łuk. Ale przerażający procent książki stanowią takie tematy, jak Dlaczego kobiety rzeczywiście płaczą? Płaczą, zdawało się mojemu błądzącemu umysłowi, nad samym światem, w jego pięknie i zniszczeniu, w jego okrucieństwie i czułości, i ile lata minęło, zanim się zaczęło! Jego początek oznacza koniec, ponieważ nasze narodziny pociągają za sobą naszą śmierć, a rozwój ten wydaje się jednak odległy, wśród wielu pilniejszych kwestii przetrwania na naszej przeklętej, wyludnionej planecie. Nie mówiąc już o całych stosach zdań z tak wieloma modyfikatorami – Beztroska i niewinność naszej niezależności migotała jak rodzaj potu na ich nagich i piegowatych, albo miodowych, czy mahoniowych kończynach – albo o tak wielkim podporządkowaniu – Jako nasz gatunek, oddawszy się mocne uderzenie, zatacza się, pozostali, prawie wyliczeni, wkraczają – i taka ciężka aliteracja – Szerokie morze rozbłyska błękitem, w który nie uwierzyłbym, że można go uzyskać bez przyciemnionego filtra – że wyglądają mniej jak John Updike, a raczej jak ktoś, kto to robi podła parodia Johna Updike'a.

astrologia 6 sierpnia

Oprócz rozpraszania nas obawami, czy pan Updike może być kontuzjowany lub chory, sztywność prozy zwiększa także naszą niechęć do narratora powieści (trudno polubić faceta, który w sposób, w jaki mówi, że jego żona nie lubi chodzić spać przed on jest. Nienawidziła, kiedy wpełzałem do łóżka i zakłócałem w niej kruchą sekwencję kroków, w wyniku których rozpuszcza się świadomość). Ta niechęć absolutnie torpeduje Ku końcowi czasu , powieści, której tragicznym punktem kulminacyjnym (w ostatnim rozdziale zatytułowanym Śmierci) jest operacja prostaty, w wyniku której Turnbull staje się impotentem i skrajnie przygnębiony. Bardzo jasno zostało powiedziane, że autor oczekuje od nas współczucia, a nawet podzielania żalu Turnbulla z powodu żałosnego, skurczonego wraku, jaki spowodowały zabiegi na moich ukochanych genitaliach. Te wymagania wobec naszego współczucia odzwierciedlają poważny kryzys pierwszej połowy książki, opisany w retrospekcji, w której powinniśmy wczuć się nie tylko w podręcznikowy strach egzystencjalny, który ogarnia Turnbulla w wieku 30 lat, gdy w piwnicy buduje domek dla lalek dla swojej córki… Umarłabym, ale umarłaby też dziewczynka, dla której to robiłam… Nie było Boga, każdy szczegół rdzewiejącej, butwiejącej piwnicy był jasny, tylko Natura, która trawiła moje życie równie beztrosko i bezlitośnie, jak łajno - zwłoki chrząszcza na stosie kompostu - ale także ulga Turnbulla, gdy odkrył lekarstwo na ten strach - mój pierwszy romans. Kolorowy splot cielesnych objawień, odurzającego ryzyka i tchórzliwego poczucia winy przyćmił pożerające szare poczucie czasu.

Być może jedyną rzeczą, którą czytelnik w końcu doceni w przypadku Bena Turnbulla, jest to, że jest on tak szeroką karykaturą głównego bohatera z Updike, że pomaga nam zrozumieć, co było tak nieprzyjemnego i frustrującego w ostatnich postaciach tego utalentowanego autora. To nie tak, że Turnbull jest głupi – może cytować Kierkegaarda i Pascala na temat niepokoju i nawiązywać do śmierci Schuberta i Mozarta, rozróżniać winorośl sinistrorse od dextrorse Polygonum itp. Chodzi o to, że upiera się przy dziwacznym młodzieńczym przekonaniu, że posiadanie seks z kimkolwiek i kiedy się chce, jest lekarstwem na ontologiczną rozpacz. Wydaje się, że podobnie jest z panem Updike’em – daje jasno do zrozumienia, że ​​postrzega niemoc narratora jako katastrofalną, jako ostateczny symbol samej śmierci i wyraźnie chce, żebyśmy ją opłakiwali tak samo jak Turnbull. Nie jestem specjalnie urażony taką postawą; Najczęściej po prostu tego nie rozumiem. Wyprostowany czy wiotki, nieszczęście Bena Turnbulla jest oczywiste już na pierwszej stronie książki. Ale ani razu nie przyszło mu do głowy, że powodem jego nieszczęścia jest to, że jest dupkiem.

Chyba, że ​​weźmiemy pod uwagę budowanie długich encomium pod adresem świętej wielowargowej bramy kobiety lub mówienie rzeczy typu: To prawda, widok jej pulchnych warg posłusznie rozciągniętych wokół mojego nabrzmiałego członka i skromnie opuszczonych powiek, napawa mnie religijnym spokojem. być tym samym, co kochać ją.

Tylko ja… śpiewam, bo brakuje mi innej piosenki. -John Updike, Punkt środkowy, 1969