
Ben Stiller w Statusie Brada.Zwiastun filmowy/YouTube
W kinie największe i najbardziej satysfakcjonujące niespodzianki często pojawiają się w małych paczkach. Jest to fakt wyciągnięty na podstawie wieloletnich doświadczeń, a nie założenie oparte na niedawnej fali rozdętych, wysokobudżetowych hitów, które uczyniły rok 2017 jednym z najgorszych od lat. Jako niepodważalny dowód nie mogę sobie wyobrazić lepszego przykładu trwałej wartości triumfującej nad zmarnowanymi wydatkami niż rzadki klejnot zwany Stan Brada. Nie wiem, kogo winić za ten śmiercionośny tytuł, ale film wcale nie jest nudny. Zwinnie napisany i wyreżyserowany przez Mike'a White'a ( Chucka i Bucka) , to kolejna świeżo zaobserwowana historia o miłych ludziach przeżywających kryzys zwany współczesnym życiem. Tym razem kryzys jest jedynym, z którego nieliczni ludzie po 50. roku życia zdołają uciec – status huśtawki, który zmusza skądinąd rozsądnych i dojrzałych dorosłych do poszukiwania własnych dusz, kwestionowania własnego istnienia, zastanawiania się, gdzie minął czas, zanim się skończy, i zadawania sobie pytania, co właściwie się stało? Zaskakujące rezultaty nie przypominają niczego, co ostatnio widziałem, a największą niespodzianką ze wszystkich jest zabawny, inspirujący i podnoszący na duchu karierę występ gwiazdy Bena Stillera, który wzruszył mnie, oklaskiwał i śmiał się głośno.
Wciela się w Brada Sloana, biznesmena z Sacramento, który na świat zewnętrzny patrzy jak człowiek, który odniósł sukces – dobrą żonę, genialnego syna, ekskluzywny dom, skromną firmę non-profit, którą zbudował od podstaw i zamienił w filar pomocy dla wdzięczni, upośledzeni i wszystkie ozdoby, które składają się na szczęśliwe życie. Jednak podróż na Wschód ze swoim cudownym synem muzyki Troyem (Austin Abrams) w celu zwiedzania kampusów uniwersyteckich pozwala mu nawiązać kontakt z kolegami ze studiów, których nie widział od dziesięcioleci – wszyscy są rewelacyjnie solidni i naładowani energią. Architekci, filantropi, autorzy bestsellerów, gwiazdy polityki – nagle sprawiają, że czuje się gorszy. Szybko jego życie zostaje odzwierciedlone w innej perspektywie, a Brad zaczyna widzieć drogi, którymi nie poszedł. Teraz wie, że nie ma już potencjału, nie ma gratki, nie ma drugiej szansy. Nie ma takiego życia w luksusie i sławie, jakie wyobrażał sobie jako student. Wędrując pomiędzy Amherst, Williams College i swoją dawną macierzystą uczelnią w Tufts, Brad zaczyna nawet myśleć, że nie jest takim wzorem do naśladowania, jak myśli jego syn.
| STATUS BRADA ★ ★ ★1/2 |
O jeden dzień spóźnia się na rozmowę kwalifikacyjną na Harvardzie i niechętnie dzwoni do swojego starego kumpla Craiga Fishera (Michael Sheen), byłego sekretarza prasowego Białego Domu, który obecnie pisze książki i prowadzi gościnne wykłady na wydziale Harvardu. Craig dzwoni do dziekana i poświęca Troyowi szczególną uwagę, co praktycznie czyni go faworytem. To sprawia, że Brad czuje się mniej znaczący niż kiedykolwiek. Jeden po drugim, gdy jego dawny gang ponownie wkracza w jego życie, ten człowiek, kochany przez ważne osoby i podziwiany przez nieznajomych, zaczyna postrzegać siebie w kategoriach tego, jak inni go definiują (lub nie definiują). Jego starym przyjaciołom jest lepiej niż jemu – dopóki tak się nie stanie. Craig jest niespełniony, jest duchem celebryty, którego Brad podejrzewa, i czymś w rodzaju pompatycznego tyłka. Nick (Mike White), którego uważa za wielką ikonę Hollywood, jest kolejnym ekstrawaganckim hollywoodzkim oszustem pogrążonym w gejowskim stylu życia, pełnym urojeniowej reklamy i dekadenckiego samooszukiwania się. Billy (Jermaine Clement), czarujący emerytowany kawaler, który mieszka na Hawajach z dwiema dziewczynami, tak naprawdę jest pijakiem i narkomanem. Jason (Luke Wilson) ma umierające dziecko i jest w drodze do więzienia. W Tufts Craig składa wizytę profesorowi college'u, który pomógł mu ukształtować jego przyszłość, mając nadzieję na pewne zapewnienie, ale okazuje się, że jego dawny mentor zmarł na udar. Pod koniec długiego i frustrującego weekendu utraconą wiarę w siebie przywraca jego własny syn. Brad nie dręczony już zwątpieniem w siebie pogodził się ze swoim prawdziwym statusem i z czasem zdał sobie sprawę, że jego życie nie jest wcale takie złe – w rzeczywistości jest szczęśliwsze niż życie grupy rówieśniczej, której zazdrości z niewłaściwych powodów. Film ukazuje nowy status Brada bez mdłych samogratulacji z okazji szczęśliwego zakończenia.
Tak naprawdę jedną z głównych zalet filmu jest odmowa przyjęcia stereotypów i katalogowanie niepewności Brada z wewnętrznego punktu widzenia za pomocą starannie dyskretnych podkładów głosowych. Ben Stiller perfekcyjnie wykonuje tego rodzaju samoświadomą neurotykę, ale tym razem jest subtelniejszy niż kiedykolwiek, osiągając niuanse, które są czymś nowym. Zawsze szuka zewnętrznego wpływu, aby dodać drugą opinię do własnego komicznego potwierdzenia porażki, jest zarówno czuły, jak i wzruszający. To najlepszy i najbardziej analityczny występ w jego karierze. Nakręcił tak wiele głupich filmów, że zapomniałem, jak szeroki jest jego zakres jako aktora, ale w Stan Brada nadrabia stracony czas. O rany, to cudowne przebudzenie i odnowienie potencjału jego znacznej energii i talentu, w którym zgromadzone doświadczenie procentuje występem pełnym nieoczekiwanej słodyczy, naturalizmu i uroku.