40. rocznica legendarnego „koncertu w Kolonii” Keitha Jarretta

10325733_623143981110576_4516593071365219342_n

Keitha Jarretta.

W 2015 roku przypada 40. rocznica powstania K zabij koncert , przełomowy album pianisty jazzowego Keitha Jarretta , który w zeszłym tygodniu dał solowy koncert w Carnegie Hall. Niewiele albumów poruszyło mnie tak głęboko, jak ten. Jako 16-latek, który niewiele wiedział o świecie jazzu, po raz pierwszy usłyszałem fragment płyty w wieczornym programie „Eric in the Evening” w bostońskiej publicznej stacji radiowej WGBH FM. Gospodarz, Erica Jacksona , kwintesencja fajnego DJ-a jazzowego FM, był moim instruktorem Jazz 101, przynajmniej do czasu, gdy wziąłem udział w kursie historii jazzu na Uniwersytecie Massachusetts pod kierunkiem profesora Archiego Sheppa, legendarnego saksofonisty, kompozytora i dramaturga. W jednym z moich ulubionych wspomnień ze studiów profesor Max Roach pełnił funkcję nauczyciela zastępczego.

Jednak wcześniej zajęcia pana Jacksona stanowiły część mojego kursu poświęconego jazzowi. Kręcił wszystko, od powojennego bopu po współczesne płyty. Po zakończeniu utworu następowało kilka sekund ciszy radiowej. W jaskrawym kontraście do coraz bardziej powszechnego ataku maniakalnego radia FM, pan Jackson spokojnie i bez pośpiechu informował nas o tytule utworu, tytule albumu, roku wydania i personelu nagrywającym. sposób, przeplatany bardzo relaksującymi pauzami. Jak na samotnego dzieciaka, którego rodzina właśnie przeprowadziła się z Long Island do małego, zalesionego miasteczka na przedmieściach Bostonu, nienaganny gust pana Jacksona – w połączeniu z nowym, pełnym przygód punkiem i post-punkiem z początku lat 80. odtwarzanym w wielu rozgłośniach uniwersyteckich w okolicy stacje – zapewniały odrobinę ulgi, jeśli nie ratunku. Ostatnia noc D.J. Rzeczywiście ocalił mi życie.


Popularność Koncertu w Köln wynika w dużej mierze z jego duchowego wydźwięku – pomysłu, w którym jeden człowiek wkracza na scenę, aby we wspólnym otoczeniu przekazywać improwizowaną, często powtarzającą się muzykę przypominającą mantrę.


Pewnej nocy w mojej sypialni, niewątpliwie współczując własnej, opuszczonej nastoletniej duszy, usłyszałem, jak pan Jackson puszczał oszałamiający wybór fortepianu solo z K zabij koncert. Trwało to ponad 15 minut, jakby to był utwór klasyczny. Choć z pewnością nawiązywał on do bardziej impresjonistycznych kompozytorów klasycznych, takich jak Debussy (jak się później dowiedziałem), pan Jarrett także poruszał się w akordach i rytmach gospel, a muzyka momentami brzmiała niemal jak piosenka pop. Ale wtedy, gdy lewa ręka pana Jarretta zaczęła wzmacniać podstawowe i znajome akordy nieoczekiwanymi harmoniami, w tym samym czasie prawa ręka wystrzeliła serię nut w zawrotnym tempie Flight of the Bumblebee, każda nuta w pośpiechu sformułowane czysto.

Nagranie się zakończyło. Nastąpiła chwila oddechu lub dwóch, a potem rozległy się brawa. Do tego momentu nie było żadnych dowodów na to, że był to występ na żywo. Kiedy dźwięki publiczności ucichły, nastąpiła kolejna pauza, może pięć sekund, po czym melodyjny głos pana Jacksona bez wysiłku opisał to, czego właśnie słuchaliśmy.

To było niepodobne do niczego, co kiedykolwiek słyszałem, mimo że miało znajome punkty dotykowe. Natychmiast poszedłem i kupiłem płytę – a właściwie kasetę. Fakt, że było to na taśmie, zapewniał wczesną formę przenoszenia za pośrednictwem Walkmana. Muzyka stała się o wiele bardziej intymna, docierała bezpośrednio przez słuchawki do mózgu, gdy jechałem autobusem do szkoły, kosiłem trawnik, a później spacerowałem po kampusie college'u. W tamtym czasie słuchałem wszystkiego, co dotyczy rock and rolla i nie tylko K zabij koncert , usłyszałem rzeczy, które przypomniały mi melancholijne, dwuakordowe piosenki i rytmiczne powtórki utworu New Order Władza, korupcja i kłamstwa ; napędzający rock and rolla i wzburzony kocioł bluesowy zespołu Rolling Stones Wygnanie na Main St .; Solowa, ragtime’owa gitara akustyczna Jormy Kaukonena, a nawet rozbudowane, brutalne jammy Velvet Underground. Dostrzegłem także bardziej oczywisty wpływ wznoszących się melodyjnych rapsodii Gershwina.

Album, nagrany jako jeden ciągły koncert w Operze w Kolonii w 1975 roku, składa się z czterech utworów zatytułowanych Part I (czas trwania: 26:01); Część II A (14:54); Część II B (18:14); i część II C (6:56). W jednym ilustracyjnym fragmencie rozpoczynającym się około 9:30 części I, pan Jarrett łączy się z mocno uderzającym, leworęcznym wampirem gospel, który nieprawdopodobnie wypływa ze znacznie mniej przybitego, delikatnego dominującego dwóch akordów temat. Przejście wydaje się naturalne i łatwe, prześlizguje się niezauważone. Rzeczywiście, często przewijałem płytę winylową lub podnosiłem igłę, aby ponownie posłuchać, jak pan Jarrett przedostał się z punktu A do punktu C. Choć można by się spodziewać bluesowej solówki prawej ręki nad pracą lewej ręki gospel w tym fragmencie, Wkrótce pan Jarrett zaczyna śpiewać oszałamiające teksty. A potem fragment nabiera specyficznie nowoorleańskiego tonu, po czym kieruje go w stronę czegoś bardziej współczesnego i kosmopolitycznego.

Około 14 minut po rozpoczęciu części I pan Jarrett pozwala, aby jego improwizacja się załamała, jakby część miała się wkrótce zakończyć. Ale drażni się z melodiami, które wkrótce brzmią tak, jakby były tam od zawsze, ukrywając się w środku akordu, z kluczowej nuty, której mogłeś nie być świadomy, ale której używa jako podpórki. To później przechodzi w coś rzadkiego i japońskiego, perkusyjnego jak szarpane koto. Zanim się zorientujesz, w 19. minucie pianista zwrócił na ciebie cały Rachmaninow, uderzając cię mroczniejszym, gęstszym i bardziej ostrym atakiem. I jeszcze nie skończył: dzięki zwrotowi modernistycznemu, z kubistycznymi strukturami akordów, ciężkie zasłony otwierają się na kaskadowy wodospad akordów, lekkość Tańca dziewcząt z liliami, która z kolei staje się podnoszącym na duchu utworem country-folkowym. Tę staccato lewą rękę na pianinie akustycznym można również z łatwością wyobrazić sobie na tle synth-popowego pulsu. Jest w tym coś zmechanizowanego i nowoczesnego. Ten rezonans z muzyką elektroniczną być może nie jest przypadkowy; Zanim pan Jarrett zasiadł w Kolonii w 1975 roku, był już weteranem elektrycznego zespołu Milesa Davisa, chociaż zauważa, że ​​instrumenty elektroniczne traktuje jak zabawki i szedł na kompromis, aby móc współpracować z panem Davisem. Co ciekawe, samo miasto Kolonia jest słynie ze swojego miejsca w muzyce elektronicznej .

znak horoskopu skorpiona

Album jest odpowiedzią na koan zen stonera – jaki jest dźwięk jednego człowieka grającego sam ze sobą?


Część I rozpoczyna się od gry pana Jarretta na pięciodźwiękowej figurze, która najwyraźniej odbijała się echem w kurantach w holu Opery w Kolonii, ostrzegając widzów, że przedstawienie wkrótce się rozpocznie. Jeśli wsłuchasz się uważnie, usłyszysz chichoty publiczności, która zrozumiała ten muzyczny cytat. Pod koniec 26 minut artysta stworzył całą część, którą sprowadził z symfonicznym rozmachem, pozostawiając zaledwie kilka klawiszy do dokończenia kilku ostatnich dźwięcznych nut, a nuta środkowego rejestru w jakiś sposób wtapiała się w swojego kuzyna w oktawie basowej.

I w jakiś sposób to wszystko jest ze sobą powiązane: jazz, klasyka, blues i odniesienia do folku. Słyszę to wszystko , Człowiek . W niektórych momentach brzmi to tak, jakby pan Jarrett grał wszystkie najlepsze partie zespołu – nie tylko dobrze naoliwioną kombinację jazzową; w miejscach, K zabij koncert brzmi tak, jakby to mogli być Stonesi lub Grateful Dead gotujący podczas jednego z ich najlepszych wieczorów. Keith Jarrett to jednoosobowy zespół grający na albumie. Album jest odpowiedzią na koan zen stonera – jaki jest dźwięk jednego człowieka grającego sam ze sobą? Nic dziwnego, że płyta znalazła dom w pokoju w akademiku wielu Deadheadów. The Dead byli trwającą od kilkudziesięciu lat manifestacją muzycznego ideału uchwyconego w kosmicznej muzyce amerykańskiej Grama Parsona, amerykańskiej mieszance jazzu, bluesa, gospel, country, soul, folku i rock and rolla.

Muzyka pana Jarretta zawiera te i inne, głębsze i szersze rzesze. Ale chociaż takie zespoły rock and rollowe przeżywają chwile świetności, porównania zaczynają wydawać się głupie. Choć mogą czerpać z tych samych źródeł i uderzać w podobne transowe rytmy, pan Jarrett jest prawdziwym wirtuozem o absolutnym słuchu, który pozornie potrafi zagrać wszystko (jest także multiinstrumentalistą ze szczególnym talentem do gry na sopranie saksofon). K zabij koncert record to tylko jeden z jego albumów, który stanowi dowód na to, że ten artysta jest geniuszem, ponieważ muzyka wielokrotnie płynie pozornie w całości skomponowana z jego serca, duszy i/lub umysłu, jeśli nie z jakiejś boskości lub nieziemskiej siły. I być może to jest jego źródło.

Podobnie jak w przypadku The Dead czy innego jazzu i sztuki improwizacji, nigdy nie wiesz, co cię spotka, gdy pójdziesz zobaczyć solowego występu pana Jarretta, ale to była część ekscytacji. Zdumiewające zdolności techniczne i słownictwo muzyczne tego człowieka zawsze służą muzie podczas jego solowych występów improwizacyjnych. Istnieje to wspólne poczucie, że wszyscy jesteśmy tutaj w tym samym czasie, aby doświadczyć, że sztuka powstaje w tej chwili. Jednakże publiczność programu Keitha Jarretta przypomina raczej tę, którą można spotkać na koncercie muzyki klasycznej.

Po przybyciu do Massachusetts poznałem w okolicy przyjaciela, dzieciaka o imieniu A.J., i to z nim poszedłem zobaczyć występ pana Jarretta w słynnej bostońskiej Symphony Hall 7 grudnia 1983 roku. Był środowy wieczór. w pierwszej klasie liceum. Byłem w Massachusetts dopiero przez sześć miesięcy i był to mój pierwszy raz w Symphony Hall. Siedzieliśmy na podłodze, blisko sceny. Tam na górze stał fortepian. Za nim znajdowały się dwie sekcje, w których znajdowało się około pół tuzina rzędów składanych krzeseł, a na scenie siedzieli ludzie. Pan Jarrett, drobny mężczyzna z wąsami i krótkimi, ciasnymi, kręconymi włosami, wyszedł i potwierdził aplauz publiczności. Potem usiadł przy pianinie z opuszczoną głową, przez jakieś pięć minut. To jest jego protokół oczyszczenia głowy i czerpania inspiracji.

AJ pamięta, jak był pobudzony z powodu kaszlu, coś, z czego stał się niesławny . Pamiętam, że facet na scenie, tęgi, łysiejący mężczyzna z białą brodą – jego obraz wyrył się w mojej głowie – zrobił zdjęcie z lampą błyskową na scenie . Pan Jarrett patrzył na niego przez kilka sekund oczami jak sztylet, podczas gdy facet zrobił się czerwony i zaciskając zęby, powiedział tak, aby wszyscy mogli usłyszeć: Put. To. Z dala. Odległy.

Kiedy wykonuje te solowe improwizacje, wyraźnie jest bez siatki. Zaufanie musi przepływać w obie strony pomiędzy wykonawcą a publicznością. Powiedział w filmie dokumentalnym, że nigdy wcześniej improwizacji nie traktowano takiego szacunku, na jaki zasługiwała , Keith Jarrett – Sztuka improwizacji . Ze względu na jego holistyczną jakość wymaga to wszystkiego. Zajmuje to dużo czasu, nie wymaga edycji. Twój układ nerwowy musi być czujny na każdą możliwą rzecz w sposób, którego nie można powiedzieć o żadnym innym rodzaju muzyki. Zasadniczo jestem improwizatorem. Nauczyłem się tego grając muzykę klasyczną (śmiech).

To, że wielokrotnie odnalazł muzę przed tysiącami ludzi, mając jedynie swoje kotlety i bogate słownictwo muzyczne, które poprowadziło go do jakiegoś muzycznego odkrycia, formy spontanicznej kompozycji, która dotychczas nie istniała, powinno… ale nie zawsze — wzbudzić w swoich słuchaczach szacunek, który opisuje pan Jarrett. Te improwizacje nie są zwykłymi biegami w górę i w dół po ustalonej sekwencji akordów, podczas gdy inni muzycy trzymają fundamenty. W przeciwieństwie do większości jego prac z uznanym Keith Jarrett Trio, jego solowe występy, takie jak K zabij koncert nie zaczynaj od standardów ani innych piosenek, które mogłyby stanowić strukturalny punkt wyjścia. Przychodzi z niewielkim lub niczym przygotowanym. Jednakże, bisy na takie koncerty zazwyczaj są to krótsze utwory, które w strukturze wydają się bardziej pieśniowe. Część IIC z K zabij koncert jest równie chwytliwy jak każda piosenka popowa, a jednocześnie oferuje emocjonalną głębię, która pozostawia słuchacza bez tchu.

Zamiast tego pan Jarrett bada, aż znajdzie haczyk lub motyw i stamtąd wyrusza. I dlatego płyta znalazła się w tak wielu niejazzowych kolekcjach, że według Opiekun , najlepiej sprzedający się solowy album jazzowy i najlepiej sprzedający się solowy album na fortepian dowolnego gatunku. Powstała muzyka ma wiele wspólnego z odkryciami znalezionymi w krautrocku i powtórzeniami prog rocka. Gary Peacock, basista Keith Jarrett Trio, zauważył biografa pana Jarretta, Iana Carra: „Kiedy gramy coś w odpowiednim czasie, chłopcze! Kiedy to coś się blokuje, coś innego przejmuje kontrolę i to tak, jakbyś nie grał – to coś w rodzaju unoszenia się!


Keith Jarrett to prawdziwy wirtuoz o absolutnym słuchu, który pozornie potrafi zagrać wszystko.


Ale oczywiście odnosi się to również do ewangelii lub jakiejkolwiek muzyki nabożnej mającej na celu ekstazę. I nie mam na myśli leku o dużej wartości E. Podczas gdy żądni przygód muzycy od „Charlie Parker to the Dead” szukali swojej muzy za pomocą środków chemicznych, wpływy, jakie pan Jarrett przypisał temu wyjątkowo legendarnemu występowi, to nic innego jak brak snu, zepsuty fortepian i długie oczekiwanie na kiepski posiłek we włoskiej restauracji w Kolonii. Powiedział grammy.com , miałem wkrótce wejść na scenę, mieliśmy tyle kłopotów, a fortepian był okropnym instrumentem. A i tak nie spałem. Więc byłem prawie w piekle. Potem poszliśmy do tej włoskiej restauracji, gdzie z jakiegoś idealnie symetrycznego powodu obsłużono nas na końcu. Wszyscy jedli, to ja za godzinę miałem się bawić, a ja nadal nie miałem nic do jedzenia. A kiedy w końcu przynieśli jedzenie, nadal byłem głodny, ponieważ nie byłem zadowolony z jedzenia, które podali.

Poza szybkością trudno byłoby wskazać narkotyk, który pozwoliłby panu Jarrettowi bawić się z taką zwinnością. Narkotyki mogą pomóc znaleźć inspirację lub pomóc w obniżeniu poziomu energii, ale możliwość wprowadzenia tych pomysłów w życie, och, tu jest problem! W książce Iana Carra pt. Keith Jarrett: Człowiek i jego muzyka , wyjaśnia pan Jarrett: „Kiedyś ktoś… powiedział coś o odurzaniu się, a ja odpowiedziałem: „Tak – w sprawie muzyki”. Trudno mi zrozumieć, dlaczego muzyk potrzebuje czegoś więcej niż tylko muzyki.

K zabij koncert jest transcendentny w dosłownym tego słowa znaczeniu, w którym pan Jarrett pokonuje nazbyt typowe dla muzyka przeszkody na drodze – brak snu, złe jedzenie i gówniany sprzęt. Każda sytuacja jest inna, sytuacja w szatni, sytuacja towarzyska, tam, gdzie jem, powiedział Ianowi Carrowi. To wszystko są duże, duże rzeczy, a nie nieistotne szczegóły. Jeśli mam, powiedzmy, koncert o 20:00, a publiczności nie ma w sali o 8:00, to mogę stracić wyczucie czasu. Celuję strzałą w to wydarzenie i dystansuję się od wszystkiego, co jest niewłaściwe. Odnosząc się konkretnie do koncertu w Kolonii, pan Jarrett wspomina: „To, co stało się z tym fortepianem, było takie, że byłem zmuszony grać w – wówczas – nowy sposób. W jakiś sposób poczułem, że muszę wydobyć wszystkie cechy tego instrumentu. I tyle. Moje poczucie było takie: „Muszę to zrobić”. Robię to. Nie obchodzi mnie, jak do cholery brzmi fortepian. Robię to.

Rzeczywiście zauważył również, że takie ograniczenia sprzętowe mogą wyzwalać te inspiracje. Powiedział Magazyn klawiaturowy , odnosząc się do występu w Rio De Janeiro: Kiedy więc znajduję fortepian, który ma ten „niedoskonały” charakter, tak naprawdę jest z nim o wiele więcej do zrobienia – i mam na myśli to w dobrym sensie – niż z „doskonałym” pianinem. Więc słyszysz, jak odkrywam, które nuty na klawiaturze będą robić tę dziwną rzecz z alikwotami, i dowiaduję się, która część klawiatury zachowuje się w określony sposób.

Popularność K zabij koncert jest w dużej mierze zasługą jego duchowego rezonansu, pomysłu jednego człowieka wchodzącego na scenę, aby we wspólnym otoczeniu kierować improwizowaną, często powtarzającą się muzyką przypominającą mantrę. Urok muzyki religijnej wywodzącej się z różnych tradycji zaczął pojawiać się w jazzie od połowy lat 60. XX wieku, a wschodnie drony i pieśni zawładnęły takimi płytami, jak Miłość najwyższa (1965) i stanowi podstawę większości prac wdowy po nim, Alice Coltrane, takich jak Uniwersalna Świadomość, (1971). Oczywiście sam jazz, podobnie jak muzyka soul, traktuje muzykę kościelną jako jeden ze swoich kamieni węgielnych. Pan Jarrett jest zwolennikiem filozofii Jerzego Iwanowicza Gurdżijewa i wydał nawet album pt. ŻOŁNIERZ AMERYKAŃSKI. Gurdżijew: Święte hymny (1980), które opisuje jako ćwiczenie duchowe, a nie muzyczne.

W Kolonii wydawało się, że wszyscy na widowni chcieli przeżyć niesamowite przeżycie, co ułatwiło mi pracę, powiedział pan Jarrett grammy.com . Pan Jarrett jęczy i chrząka w różnych momentach występu, jak to robi regularnie i jak robią to inni, tacy jak Thelonious Monk i Charles Mingus. Chociaż te uniesienia mają dramatyczny skutek, tylko najbardziej bezduszni mogą wątpić w ich organiczne źródło w nieskrępowanym duchu hojności. Pan Jarrett miał w chwili zdarzenia 29 lat K zabij koncert. Całkowicie ufał swoim możliwościom, źródłu inspiracji i publiczności. Sprzedano ponad 3,5 miliona egzemplarzy albumu. Nie wiń go za jakikolwiek makaron New Age, który potem nastąpił. Jego cel był prawdziwy.

[youtube https://www.youtube.com/watch?v=T_IW1wLZhzE&w=560&h=315]